RSS

rude wierchy albo wichrowe wzgórza

Dzień pierwszy – sobota – Kuźnice-Kasprowy-Czerwone Wierchy-Hala Ornak

W Kuźnicach jesteśmy (Marta i ja) o 7:00, co wiązało się z wstaniem o 4:00. (Notka dla siebie samej na przyszłość: jeśli wybierasz się na całodzienne łażenie po górach, cztery godziny snu przed wyprawą to jednak trochę za mało…). Powietrze jest bardziej niż orzeźwiające, rozespane serducho powoli pompuje nierozgrzaną krew, która jeszcze dodatkowo się ochładza przepływając przez szybko marznące palce wszystkich kończyn. Temperatura jest raczej powyżej zera, ale jednak bardzo blisko niego. Na szlaku co i rusz napotykamy igiełki lodu włóknistego moszczące się w skalno-ziemistym podłożu.

Wychodzimy na szlak zielony w kierunku Kasprowego Wierchu. Budka z biletami do parku jest jeszcze zamknięta, więc potwierdzenia do GOT nie będzie.

Powietrze pachnie jesienią i chłodem wczesno-październikowego poranka. Napełniam nim płuca z ochotą, smakując jego krystaliczną czystość (niechętnie zdając sobie sprawę z tego, czym oddycham na co dzień w mieście). Pod nogami szeleszczą kolorowe liście. Płomienne barwy tych, które jeszcze nie spadły przeplatają się z poszarzałą zielenią igieł. Ścieżka wiedzie łagodnie w górę, dzięki czemu szybko się rozgrzewamy. Szlak jest prawie zupełnie pusty, do samego szczytu mijamy zaledwie kilku ludzi, ptaki w większości już odleciały, więc poza chrupotem pod stopami jest zupełnie cicho. Nawet przemykające niekiedy nad nami wagoniki właśnie obudzonej kolejki poruszają się prawie bezszelestnie.

Myślenickie Turnie osiągamy po godzinie drogi, z zadowoleniem stwierdzając, że mamy całkiem dobre tempo. Po raz pierwszy możemy dostrzec kawałek krajobrazu pomiędzy drzewami. W dole, otoczone cienką warstwą chmur, sennie leży Zakopane, skąpane w porannym słońcu, które coraz śmielej wygląda zza horyzontu.

DSC01649

Pogoda zapowiada się piękna i mamy nadzieję, że tak zostanie, upominając się nawzajem by głośno nie wspominać, że zmierzamy w stronę Ornaku (a dlaczego – o tym później).

W miarę wchodzenia las stopniowo przechodzi w kosodrzewinę, a ścieżka staje się bardziej stroma niż dotychczas. Słońce wędruje coraz wyżej, wychylając się zza skał, świecąc nam momentami prosto w oczy. Pod kurtkami robi się parno (a podobno te membrany tak fajnie wentylują i sprawiają, że jest zawsze w sam raz – widocznie przy więcej niż jednej warstwie trochę już głupieją). Nasza droga wije się schodkami pomiędzy dwoma kolejkami. W tej działającej zaczynają pojawiać się ludzie, druga stoi nieruchomo. Wkrótce mijamy ostatnie kępki kosówki, wchodząc na skalno-trawiastą kopułę.

Szczyt Kasprowego osiągamy o 9:45. Postanawiamy zrobić sobie przerwę na suszenie pleców i drugie śniadanko w pizzerii, gdzie, w celu usprawiedliwienia naszego pobytu z własnymi kanapkami, kupujemy herbatę i gorącą czekoladę z 1000% marżą. Na szczycie ruch jest już spory. Ciepłe pomieszczenie i napoje sprawiają, że robi się trochę sennie (zwłaszcza w obliczu wspomnianych czterech godzin snu w nocy), czas więc ruszać dalej zanim zaśniemy na dobre.

O 10:30, po krótkiej przerwie na foto (z widokiem na Zieloną Dolinę Gąsienicową oraz Czerwone Wierchy – nasz najwyższy cel na weekend w lewym górnym rogu),

DSC01680 DSC01681

ruszamy dalej. Nasz szlak to opada łagodnie ku jednej z Goryczkowych przełęczy, to znów wznosi się trochę w górę, trawersując zbocza Goryczkowych oraz Suchych Wierchów i Czub. Idziemy wciąż po południowej stronie. Żadna chmura nie przesłania słońca, które grzeje nam w plecy. Jednocześnie mocno wieje, więc wciąż nie możemy się zdecydować, czy czapki i rękawiczki powinny być na naszych głowach i dłoniach czy też schowane w plecakach. Prowadzi nas wąska, spacerowa ścieżka. W kilku miejscach trzeba przedostać się przez przecinające ścieżkę skały i trochę bardziej wzmożyć czujność, ale są to króciutkie odcinki, poza którymi nie ma właściwie żadnych trudności. Natomiast na przełęczach ktoś z lękiem przestrzeni mógłby doznać niemałego zawrotu głowy widząc opadające ostro w dół skalne ściany.

DSC01705

Po naszej prawej stronie, w północnej panoramie króluje Giewont, wychylający się zza szczytów.

DSC01723

 

Na południu rozpościera się słowacka Cicha Dolina, największa w Tatrach.

DSC01724

Po kilku nieznacznych zmianach wysokości czeka nas ostatnie podejście przed rozpoczęciem wędrówki granią Czerwonych Wierchów. Na tym odcinku szlak znacznie się rozszerza, a obok niego wydeptane są mniejsze ścieżki, więc każdy z wielu dzisiejszych wędrowców może mieć własny kawałek drogi (z punktu widzenia postępującej erozji nie jest to oczywiście sytuacja pożądana).

DSC01732

Kilka minut po południu osiągamy wierzchołek Kondrackiej Kopy, pierwszego z Czerwonych Wierchów (albo ostatniego, zależy z której strony się przyszło).

Na Kopie zabawiamy trochę dłużej, popijając herbatkę i podziwiając widoki, oraz obserwując kolejkę na Giewont 🙂 (dziś działa dość sprawnie).

DSC01730

Niebo jest wciąż cudownie przejrzyste, więc można się swobodnie oddać podziwianiu krajobrazu.

Kilka minut po trzynastej w końcu się zbieramy w dalszą drogę. Wdrapanie się na Małołączniak zajmuje nam czterdzieści minut. Ścieżka jest przyjemna, a jedyna trudność polega na tym, że trzeba iść pod górę mając szczyt cały czas przed oczami 😉

DSC01762

Na rozległej kopule robimy kilkanaście minut przerwy. Jest tu zdecydowanie mniej ludzi, niż na Kopie, choć i tak ruch jest spory. Trudno się z resztą dziwić, przy tak ładnej pogodzie.

DSC01792

Dalszy odcinek szlaku prowadzący na Krzesanicę wiedzie również szeroką granią. Podejście jest tym razem mniejsze. Tu i ówdzie napotykamy pierwsze, niewielkie płaty śniegu.

DSC01803

Na samym szczycie, na który docieramy po pół godzinie, również trochę go leży. Oczywiście nie może zabraknąć sesji zdjęciowej. Tym razem trochę mniej zajmują nas obfotografowane wcześniej Wysokie, a zwracamy się bardziej ku Zachodnim, które z tego najwyższego z Czerwonych Wierchów ukazują nam się pełniej niż poprzednio.

DSC01826

Zwłaszcza królująca nad nimi Bystra.

DSC01821

Nie zapominamy również o dołożeniu swojego kamienia do kopczyka 😀

DSC01811

Pojęcia nie mam, po co i kto zaczął te kopczyki tam usypywać, ale jak już zaczął to poszło i teraz chyba większość przechodzących tędy turystów coś tam od siebie dokłada. Moim skromnym zdaniem wygląda to ciekawie i sprawia, że szczyt jest bardziej charakterystyczny. Póki kopczyki składają się z kamieni…

Krzesanicę opuszczamy piętnaście po trzeciej. Po piętnastu minutach z przerwami na foto na zapewniającej efektowne widoki i wysokogórskie atrakcje Mułowej Przełęczy i okolicach,

DSC01863

jesteśmy na Ciemniaku. No to teraz będzie już z górki 🙂 Czas się posilić ostatnim kąskiem dzisiejszego prowiantu przed rozpoczęciem schodzenia. Słońce nie grzeje nam już tak bardzo, nasze cienie się wydłużają, a wiatr wydaje się jakby bardziej mroźny. Czas ruszać dalej.

Po dziesięciu minutach schodzenia kamienną ścieżką, na której uchowały się nawet schodki, przysypane jednak już sporą warstwą piargu, osiągamy rozwidlenie szlaków na Chudej Przełączce. Skręcamy za zielonymi znakami w kierunku Tomanowej Doliny. Znajdujemy się w końcu na zawietrznej i od razu robi się cieplej. Ścieżka w początkowym odcinku wiedzie prawie zupełnie poziomo, trawersując zbocza Ciemniaka. Dotarłszy do Tomanowego Grzbietu musimy jednak zachować większą ostrożność schodząc dość stromym odcinkiem po bardzo drobnych kamieniach, które nawet nie dotknięte stopą zsuwają się w dół. Poślizg może i nie byłby tragiczny w skutkach, ale z pewnością można by było zrobić krzywdę sobie albo swoim spodniom. Dalej szlak zakręca i pojawiają się na nim pierwsze kępki kosówki. Wkrótce dochodzimy do niesławnego Czerwonego Żlebu, będącego chyba główną przyczyną zamykania tego odcinka szlaku na zimę (choć nie jedyną, bo cały szlak jest podatny na lawiny). Oczyma wyobraźni widzę lawiny schodzące bezdrzewnym traktem, który sięga aż do Wyżniej Tomanowej Polany. Czerwony Żleb jest również… czerwony 🙂 Rdzawy odcień bogatego z żelazo drobnego piargu wyraźnie odcina się od poszarzałej bieli górujących nad nim, nadgryzionych erozją wapiennych skał Tomanowych Rzędów w zboczu Ciemniaka. Ścieżka przez żleb jest dodatkowo zabezpieczona większymi głazami, inaczej dawno nie byłoby jej już widać.

DSC01891

Końcowy odcinek szlaku schodzi już ostrzej w dół, a w naszym otoczeniu zaczynają dominować świerki. O 17:20 docieramy do Wyżniej Tomanowej Polany. Kilka minut później słońce chowa się za masywem Ornaku i nasz szlak spowija szarówka wieczoru.

Na wszelki wypadek dzwonię jeszcze do schroniska w nadziei, że jakieś zarezerwowane miejsce się zwolniło, ale nie ma na co liczyć. Fakt, że pogoda jest świetna, ale i tak trudno uwierzyć że w październiku to schronisko jest aż tak zapakowane. Na miejsce docieramy o osiemnastej. Jest już prawie zupełnie ciemno. Najlepsze miejscówki na podłodze w sali na piętrze są już zajęte, więc szybko rozkładamy się na dostępnej przestrzeni, niedaleko balkonu. Reszta podłogi na sali (i, jak się później okazało, również na dostępnej powierzchni na parterze, a nawet podpiwniczeniu) również wkrótce się zapełnia, widać więc, że wiele osób postanowiło skorzystać z ładnej pogody. Okazuje się też, że za tak duże obłożenie odpowiedzialna jest w dużej mierze spora wycieczka (i już wiadomo, kto zajął wszystkie łóżka ;p). Jest to niewątpliwe największy tłum z jakim się tu spotkałam, i to nawet nie jest sezon. Wiąże się to oczywiście ze sporą kolejką do jedynego (ok, jednego z dwóch, ale drugi jest męski ;)) prysznica, w związku z czym jesteśmy ogarnięte do spania dopiero po dwudziestej pierwszej. Plus jest taki, że tej nocy będziemy spać więcej niż 4 godziny 🙂 Co prawda nie na miękkim łóżku, ale (zwłaszcza dzisiaj) to właściwie bez znaczenia.

Dzień drugi – niedziela – Hala Ornak-Ornak-Błyszcz-Bystra-Starorobociańska Dolina-Siwa Polana

Zbieranie się w prawie całkowitej ciemności, przy konieczności przeskakiwania śpiących wszędzie ludzi tak, by ich nie podeptać i nie świecić im po oczach latarką, jest zdecydowanie dłuższe niż powinno. W końcu dopiero za dziesięć siódma udaje nam się wykaraskać. Słońce chowa się jeszcze gdzieś za szczytami, jest mroźno. Nie tracąc więcej czasu wyruszamy szlakiem żółtym w kierunku Iwaniackiej Przełęczy by jak najszybciej się rozgrzać.

Szlak tonie w szarówce poranka osłonięty dodatkowo dość gęstym lasem. Po pół godzinie drogi, przez przerzedzenia świerków, jesteśmy już w stanie dostrzec Tomanową Przełęcz i charakterystyczny, trójwierzchołkowy Tomanowy Wierch.

DSC01906

Niedaleko przed przełęczą szlak robi się błotnisto-gliniasty, uważamy więc by się nie poślizgnąć. Iwaniacką Przełęcz osiągamy jeszcze przed ósmą, czyli całkiem dobrze nam idzie. Krótka przerwa na herbatkę i ruszamy dalej. Po kilku minutach las na długi czas zostaje za nami, a jego miejsce zajmuje kosówka, oraz okazjonalnie jarzębina 🙂

DSC01918

Ścieżka wiedzie po ładnie ułożonych głazach, od czasu do czasu przecinając pasma gołoborzy. Wkrótce Dolina Tomanowa ukazuje nam się w pełnej krasie wraz z górującymi na nią Ciemniakiem, Tomanowym i Smreczyńskim. Możemy też dojrzeć, ukrywający się między świerkami, Smreczyński Staw.

DSC01932

Po niecałej godzinie wchodzimy w końcu w strefę słońca. Powoli na horyzoncie ukazują się Wysokie i czubek Giewontu.

Kosówka towarzyszy nam prawie do samego wierzchołka Suchego Wierchu Ornaczańskiego. Niekiedy trzeba się przez nią przeciskać lub omijać bokiem, na przykład tu:

DSC01971

U stóp wierchu robimy kaloryczną przerwę, korzystając z faktu, że wiatr jeszcze się na dobre nie rozpędził, rozkoszując się widokami, które dopiero teraz, za trzecim (albo, jakby tak liczyć dokładnie, to nawet za czwartym) podejściem, dane nam jest zobaczyć.

DSC01959

DSC01968

DSC01954

Poprzednie dwa podejścia były w maju (i trzecie nie-podejście w lipcu). Za pierwszym razem przegoniła nas późna pora i ulewa, więc nawet nie dotarłyśmy na szczyt. Za drugim co prawda udało nam się dotrzeć i przejść dalej, ale mgła i niskie chmury pozwalały co najwyżej zobaczyć parę metrów dookoła, przez co omal nie zgubiłyśmy szlaku. Dziś więc, mimo wcześniejszego tu pobytu, czujemy się jakbyśmy były tu po raz pierwszy. Niebo nie jest już tak bezchmurne jak wczoraj, ale tym razem chmury nie są groźne. Tak więc, jeśli chodzi o Ornak to do trzech razy sztuka 🙂

Kamienisty wierzchołek Ornaku osiągamy o dziesiątej. Tu już się nie rozsiadamy tylko prawie od razu zmierzamy w dół (no i jeszcze trochę w górę, przez Zadni Ornak) ku Siwej Przełęczy, na której jesteśmy w ciągu pół godziny. Kolejne pół godziny zajmuje nam wylegiwanie się (trochę za długo, i nawet nie wiem co nam tyle zajęło, może wmuszanie kanapki przed wyjściem w górę?).

Z Siwej Przełęczy kierujemy się na Gaborową Przełęcz Wyżnią, a stamtąd dalej na Błyszcz. Wiatr się wzmaga, plecak trochę bardziej ciąży, tempo nam (a szczególnie mi) spada (zapewne zużywam za dużo energii na trawienie tej nieszczęsnej kanapki). Krokiem spacerowym podążamy więc wąską ścieżką, wśród szaro-rusych barw jesieni, ku naszemu celowi,

DSC02011

spoglądając czasami na szlak za nami:

DSC02015

Ścieżka wiodąca na Bystry Karb jest prawie pozioma. Dopiero potem zaczynają się schody. Tzn., schodów nie ma, jest za to mozolne drapanie się pod górę po kruszącym się szlaku (a za plecami straszy Starorobociański):

DSC02026

z widokiem na otwierającą się przed nami Pyszniańską Dolinę,

DSC02035

całkiem bliską Kamienistą,

DSC02044

i trochę dalszy, otoczony woalem chmur, Krywań:

DSC02042

W końcu dochodzimy do momentu, w którym zgodnie ze znakami mamy iść w lewo… albo w prawo:

 DSC02047

(wybieramy pójście za strzałką). I wreszcie, po niemożliwym wleczeniu się, zarabiając maksymalną, prawie pół godzinną, obsuwę dobijamy do Błyszcza. Czuję się jakoś dziwnie słabo, wzmagający się zimy wiatr wcale nie pomaga, a przed nami jeszcze 90 m w górę:

DSC02065

Gdyby nie to, że mamy wracać innym szlakiem, zostawiłabym tu chyba plecak i dalej szła na lekko. Ale lekko nie ma, trzeba targać swój dobytek. Fakt, że to już ostatnie podejście na dziś dodaje mi trochę sił i za dziesięć minut jesteśmy już u celu. Bystra, najwyższy szczyt Tatr Zachodnich jest nasz*! A widoki z niej takie:

DSC02075

Jest kilka minut przed pierwszą. Na górze pi… to znaczy, wieje okropnie, nie zabawiamy więc długo, tym bardziej, że chmury zaczynają już opadać niżej, zasłaniając powoli widoki i słońce:

DSC02076

Wracamy szlakiem niebieskim. Przed nami pręży się nasz polski, Zachodni numer jeden (w ogólnym rankingu stojący już poza podium), OldBot**, a za nim srebrna Zachodnia medalistka – Jakubina:

DSC02102

Przed czternastą zatrzymujemy się na krótką przerwę pod Siwym Zwornikiem. Jakieś jedzonko, ostatnie spojrzenie na Ornaki:

DSC02121

i czas się zbierać. Wracamy z powrotem na Siwą Przełęcz, skąd już dalej w dół doliną Starorobociańską. Dolina zdaje się nie mieć końca. Jestem zmęczona, szlak jest trochę (albo i bardziej) monotonny. Po pewnym czasie miarowe tempo naszych kroków wprowadza mnie w pewien rodzaj transu. Autopilot na dół. Starororororororo… Mam wrażenie, że idziemy po ruchomych schodach, których kierunek ruchu jest przeciwny do naszego. Stoimy w miejscu. A kolana napi…, tzn. dają o sobie znać w coraz bardziej dosadny sposób. Gdyby mogły mówić, wypowiadałyby teraz słowa raczej nie cenzuralne. Niekontrolowany ślizg po zalegającym na szlaku błotku z lądowaniem kila kamiennych stopni niżej przynajmniej na chwilę wybija mnie z monotonnego rytmu. Bardzo powoli opuszczamy ciepły, zawietrzny stok by wejść w cień świerków. Odwieczna zrywka drewna, która w tym rejonie stała się już elementem krajobrazu (aż dziw, że drewno jeszcze się nie skończyło), pozostawiła po sobie ślady w postaci rozjeżdżonej, błotnistej drogi. I tak trochę tą drogą, trochę obok, suniemy wciąż naprzód, a każda minuta trwa pięć razy dłużej. Z nadzieją wypatrujemy żółtego szlaku, który ma kiedyś dołączyć do naszego, czarnego, co oznaczałoby, że jest już naprawdę niedaleko. I kiedy w końcu tak się dzieje, droga staje się już niemożliwie bagnista, szlak prowadzi bokiem, każąc nam co i rusz wchodzić na małe wzniesienia, by zaraz potem z nich schodzić i znów od nowa. Potoki ludzkie, pojawiające się na horyzoncie, są przez nas tym razem witane z radością, gdyż oto, po prawie dwóch godzinach schodzenia (jest szesnasta) pełnego oczekiwania, docieramy do Doliny Chochołowskiej.

Dalsza trasa jest już nam dobrze znana. Szybko zmierzamy w dół doliny, by jeszcze trochę nadrobić wcześniejszą obsuwę na szlaku i zdążyć jeszcze do Zakopca na jakąś Mszę. Głównie z tego powodu, dotarłszy do Hucisk, postanawiamy skorzystać z właśnie szykującej się do odjazdu atrakcji turystycznej w postaci ciuchcio-traktora. Siedząc w wagoniku-przyczepie pędzącego pojazdu żałujemy, że nie wzięłyśmy jednak rowerów… Nie byłoby tak szybko, ale o ile mniej by nas wytrzęsło…

—-

*taki skrót myślowy, tak naprawdę jest nasz dopiero na koniec tej relacji, bo cytując człowieka bardziej doświadczonego w bojach: „Góra należy do ciebie dopiero, gdy z niej zejdziesz; przedtem to ty należysz do góry

**ukradzione z forum 🙂 strasznie mi się spodobała ta nowatorska (i jakże krótka!) nazwa Starorobociańskiego Wierchu

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 06/10/2013 w Tatry, Tatry polskie, Tatry Zachodnie

 

Tagi: , , , , , , , ,

Orla + chaszcze w reglach. dzień VI i VII

Dzień szósty – piątek – Murowaniec-Gęsia Szyja-Rusinowa-Roztoka

Zgodnie z tytułem tej serii postów, Orla była, więc teraz następują chaszcze w reglach 😉

Spakowane i gotowe do drogi wychodzimy z murowańca o 6:40 (tym samym trend zostaje utrzymany ;)). Z zadowoleniem stwierdzam, że mój plecak, po kilku dniach ubywania zapasów, ma już znośną wagę, choć i tak, w porównaniu do saszetki to kolos.

Plan na dziś do ambitnych nie należy, no ale w końcu nie można tak szaleć bez umiaru. No i cały czas mamy w pamięci prognozowany popołudniowy deszcz. Co prawda niebo od rana jest przejrzyste i nie zanosi się na zmianę, ale wiadomo, że w górach nigdy nie wiadomo. Pięć dni przepięknej pogody pod rząd i tak można by już uznać za zbytek szczęścia. Jesteśmy więc mentalnie i fizycznie przygotowane na deszcz po południu.

Wyruszamy w kierunku schroniska w Dolinie Roztoki, szlakiem zielonym przez Rówień Waksmundzką. Szlak prowadzi w większości lasem i jest dość wąski. Ścieżka jest raczej pozioma, póki co z lekką tendencją wzwyż. Taki więc raczej spacerek. Można by powiedzieć, że całkiem przyjemy, gdyby nie fakt, że powietrze jest duszne i zastygłe w bezruchu, szybko więc odczuwamy efekt sauny. No i te muchy, które nie wiedzieć czemu się nas uczepiły i utrzymują się nieustannie w naszym cieniu. (Ja rozumiem, że mogły za nami latać po całym dniu łażenia w upale w Sudetach, kiedy to kwiatkami na pewno nie pachniałyśmy, ale teraz, zaraz po wyjściu ze schroniska, kiedy jesteśmy jeszcze świeże i nie zużyte to jest po prostu złośliwość).

Szlak nie wygląda na specjalnie uczęszczany. Z resztą nie dziwne – do ciekawych widokowo z pewnością nie należy. Przeróżne leśne krzaki na dobre zadomowiły się na jego obrzeżach tak, że miejscami, nawet idąc pojedynczo trzeba się przez nie przedzierać – gdyby roślinność była bardziej egzotyczna można by się poczuć jak w dżungli. Już po niecałej godzinie mamy dość, a końca nie widać. Z resztą, poza drzewami, właściwie niczego nie widać. Zejście z Krzyżnego niniejszym traci pozycję lidera upierdliwych szlaków. Ba, jest ono wręcz bardzo interesujące w porównaniu do ścieżki, którą teraz idziemy. A już myślałam, że nie ma sobie równych…

Po około godzinie dochodzimy do Wolarczysk gdzie nasza ścieżka spotyka się ze szlakiem czarnym. Zatrzymujemy się na krótką przerwę korzystając z faktu, że drzewostan i krzewostan jest tu trochę rzadszy, co pozwala nam dostrzec grzbiet Koszystej. Mija nas również pierwszy tego dnia wędrowiec.

Po małej cukierkowej przekąsce ruszmy dalej. Ścieżka prowadzi łagodnie w dół, znów wpuszczając nas w krzaki. Kilka minut później dobiega nas szum wody, po czym dostrzegamy połacie wilgotnej zieleni poniżej ścieżki. Jedno ze swoich źródeł ma tu Pańszczycki Potok. Krajobraz w tym miejscu zupełnie przypomina tropikalny, trudno oprzeć się wrażeniu, że oto z polskich gór przeniosłyśmy się nagle do lasu równikowego. Woda wypływa spod traw, ześlizgując się po miękkiej, zielonej poduszce pomiędzy drzewami. Aż by się chciało położyć na chwilę na chłodnym posłaniu, zwłaszcza, że dzień jest upalny i duszny. Okrążamy rozlewisko delektując się wilgotną bryzą jeszcze przez moment, po czym znów wchodzimy w objęcia  zastygłego w bezruchu, gorącego powietrza. Ścieżka wciąż schodzi w dół w gęstym lesie. W oddali słychać potok, który zdaje się być bliżej niż w rzeczywistości. W końcu przecina nasz szlak, towarzysząc nam jeszcze przez chwilę, prawie do Polany Pańszczyca. Zdaje nam się, że idziemy już tak długo, że powinna to już być Rówień Waksmundzka, ale skromna powierzchnia polany uświadamia nam, że przed nami jeszcze kawałek.

Minąwszy polanę musimy podejść trochę w górę, a potem jest już płasko. Na drodze pojawia się kolejny wędrowiec. W końcu, po nieco ponad godzinie drogi od Wolarczysk, docieramy na skraj porośniętej wysokimi trawami i tym podobną zieleniną Równi Waksmundzkiej.

DSC01194

Spoglądając to na niebo to na zegarek (jest dziewiąta) zastanawiamy się, co będziemy robić w schronisku przez pół dnia, gdy zejdziemy tam wprost czerwonym szlakiem. Po chwili namysłu postanawiamy jednak zahacyć jeszcze o Gęsią Szyję, licząc na to, że ładna pogoda jeszcze trochę się utrzyma.

Na początek przechodzimy przez mostek nad nieistniejącym bajorkiem,

DSC01197

by potem, znów w lesie, wspinać się po schodkowanej ścieżce. W upale, z plecakami podejście zajmuje nam dłużej niż na mapie, ale znowu jakoś specjalnie nam się nie spieszy. Po niecałej godzinie jesteśmy na szczycie, a raczej jednym ze szczytów, zwieńczonym poszarpanymi skałami wysrastającymi nagle z trawiastego zbocza. Jest to niezły punkt widokowy, toteż rozkładamy się na chwilę, podziwiając rozciągający się wokół nas krajobraz.

DSC01210

Widoki przyciągają też innych turystów, nadciągających coraz to większymi gromadami od strony Rusinowej Polany. My schodzimy w tamtym kierunku. Ścieżka jest jeszcze szersza – na szczęście, dzięki czemu nie ma problemu z mijaniem się. Po niedługim zejściu w cieniu drzew wychodzimy na otwartą przestrzeń, widząc przed sobą połacie Rusinowej Polany usiane spacerowiczami, z których większość nie wygląda jakby wybierała się gdzieś dalej – co pewnie jest dziś dobrym pomysłem w obliczu wiszącej w powietrzu ulewy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na ścieżce wyłożone są schodki, co czyni schodzenie niezbyt przyjemnym, zwłaszcza w prażącym słońcu.

Na polanie z ulgą usadawiamy się w cieniu drzew na krótki odpoczynek. Wokół jest gwarno, baca sprzedający swoje wyroby ma pełne ręce roboty. Przez chwilę wahamy się czy iść od razu dalej czy zahaczyć jeszcze o Wiktorówki. W końcu druga opcja zwycięża, zwłaszcza, że udaje nam się zostawić plecaki pod opieką bacy. Z lekkimi saszetkami ruszamy szlakiem w kierunku kaplicy. W połowie drogi mijamy strumień, lejący się cienką strugą z wydrążonego pnia na drogę. Nie można nie skorzystać z takie okazji – lodowata woda jest niezwykle przyjemna i doskonale gasi pragnienie. Szlak dalej zagłębia się w lesie, po kilku minutach schodzenia docieramy do niewielkiej polanki, w środku której stoi mała kaplica Matki Boskiej Jaworzyńskiej,

DSC01219

gdzie oprócz strawy duchowej można, za dobrowolną opłatą, dostać ciepłą herbatę z sokiem (ale w obecnych okolicznościach przyrody gorące napoje raczej nie są w cenie). Po krótkich odwiedzinach wychodzimy z powrotem w górę, do naszych bagaży.

Rusinową Polanę opuszczamy około jedenastej. Najpierw okrążamy ją szlakiem niebieskim, by potem kontynuować wędrówkę za znakami czarnymi. Ścieżka z początku jest szeroka, jednak po niedługim czasie zwęża się i zakrzacza, stając się podobna do tej, którą szłyśmy z Murowańca. Otaczające nas świerki nie są w zbyt dobrej kondycji toteż nie dają za wiele cienia. Wkrótce przekraczamy Waksmundzki Potok, dalej ścieżka doprowadza nas na miejsce szumnie zwane Polaną pod Wołoszynem. Powierzchnia polany pozwala na odpoczynek kilku ludzi w pozycji siedzącej, na pozostałym areale już dawno zadomowiły się świerki. Gdyby nie tabliczka, pewnie przeszłybyśmy obok, zastanawiając się potem gdzie zgubiłyśmy polanę…

Po krótkim odpoczynku dla kolanek ruszamy dalej w dół szlakiem czerwonym. Ścieżka jest bardziej stroma niż dotychczas. Powietrze jest jeszcze bardziej duszne, czuć w nim nadchodzącą ulewę. Po upływie mniej więcej pół godziny do naszych uszu dobiega gwar „potoków ludzkich” i wkrótce leśna ścieżka pod naszymi stopami zamienia się w asfalt. Na szczęście nasza z nim przygoda kończy się dziś szybko. Przy Wodogrzmotach skręcamy z powrotem w las, przyspieszając lekko kroku gdyż wiatr, który nagle się zerwał szybko przygania chmury.

Ścieżka do schroniska w Dolinie Roztoki wydaje się bardziej zarośnięta niż ją zapamiętałam (dzisiejszym dniem zdecydowanie rządzą krzaki). Tuż przy niej wciąż rosną maliny, jeszcze nie całkiem objedzone przez ludzi i zwierzęta. Droga jest krótka. W schronisku jesteśmy wpół do pierwszej. Dosłownie w ostatniej chwili, bo za oknem słychać już pierwsze grzmoty i lada moment na wygrzaną upałami ziemię spada ulewa.

Deszcz pada przez resztę dnia i nie zapowiada się, że jutro będzie lepiej, spędzamy więc leniwe popołudnie w schronisku, rozkoszując się wyrobami lokalnej kuchni. Okazuje się, że nasz współlokator z pokoju w Murowańcu (pozdrowienia dla Wojtka :)) również zawędrował dziś do Roztoki, tylko inną drogą, przez Kozią Przełęcz. Zasiadamy więc wspólnie nad mapą, wędrując po niej palcem, dzieląc się wspomnieniami i snując plany na przyszłe wyprawy… na przykład, co powiecie na Sandomierz? W końcu to tylko 252 km stąd 😀

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzień siódmy – sobota – Roztoka-Palenica

Zgodnie z planem dziś miał być pożegnalny wypad na Chłopka, ale pogoda, jak się już wczoraj spodziewałyśmy, ani trochę się nie poprawiła. Zrobiło się wręcz jeszcze bardziej ponuro i czubki drzew zniknęły w niskich chmurach. Decydujemy się więc na wcześniejszy powrót do domu. Świadomość, że nie trzeba się nigdzie śpieszyć powoduje, że ze schroniska wychodzimy wpół do jedenastej (i tym samym nasz pieczołowicie wypracowany trend poszedł się paść). Deszcz wisi w powietrzu, które jest wilgotne i rześkie. Lada chwila znów może się zacząć ulewa (co wydaje się zupełnie nie zaprzątać głowy tłumom w klapeczkach), idziemy więc szybkim krokiem i pół godziny później jesteśmy już na Palenicy. Zaczyna kropić i po chwili ulewa powraca.

W drodze do Zakopanego okazuje się, że wczorajsza burza poczyniła sporo szkód, musimy więc jechać objazdami, co skutkuje wydłużeniem się naszej podróży do półtorej godziny. Tym razem więc Tatry żegnają nas długo i sennie. Po emocjonującym tygodniu czas na odpoczynek.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 10/08/2013 w Tatry, Tatry polskie, Tatry Wysokie

 

Tagi: , , , ,

Orla + chaszcze w reglach. dzień V

Dzień piąty – czwartek – Murowaniec-Zawrat-Piątka-Kozia-Murowaniec

Koniec relaksu, wracamy do trybu normalnego. No, może nie do końca, bo trasa na dziś też nie jest specjalnie hardcorowa. Może tylko momentami. Dzisiejszym kolorem jest niebieski i to jego będziemy się trzymać, z lekkim odchyłem w kierunku żółtego. Wracamy w rejony Orlej 😀

Na szlaku jesteśmy wpół do siódmej (zauważamy, że codziennie przybywa nam dodatkowe 10 minut do ogólnego czasu zbierania się – byłby z tego piękny wykres funkcji liniowej). Ścieżka prowadząca w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego jest nam już dobrze znana. Przemierzamy ją bez przystanków i dodatkowych zdjęć. Pierwsze wyciągnięcie aparatu następuje dopiero po minięciu Zmarzłego Stawu, skąd mamy dobry widok na pierwszy cel na dziś – przełęcz Zawrat.
DSC01123

Dalszy szlak wije się wśród gołoborzy wąskim zygzakiem schodków. Za nami pojawiają się inni ludzie, ale wkrótce ich gubimy – widocznie skierowali się w stronę Koziej Dolinki. Słońce świeci już całkiem mocno, ale wiatr również daje się odczuć, co sprawia, że jest nam gorąco i zimno na raz. Podejście trochę się dłuży. Z niecierpliwością oczekujemy atrakcji podnosząc miarowo nogi.

Atrakcje natomiast zaczynają się dopiero na pół godziny przed przełęczą. Wchodzimy w strefę cienia i od tej pory drogę wyznacza nam niemal nieprzerwany ciąg łańcuchów i kilka klamer.

DSC01128

Ułożenie żelastwa niejednokrotnie zmusza do rozciągania nóg w bezskutecznej próbie zrobienia szpagatu (po raz kolejny…). Czasem łatwiej jest przejść obok.

DSC01138

W połowie drogi mijamy dwójkę turystów schodzących z przełęczy, poza tym żywego ducha. Sesje zdjęciowe, huśtawki na łańcuchach i udawanie, że jest super trudno (do zdjęć oczywiście) sprawiają, że droga mija nam nadzwyczaj szybko. Z drugiej strony Zawratowego Żlebu wita nas już Matka Boska Zawratowa

DSC01139

i wkrótce wkraczamy na ostatnią prostą, na długi czas żegnając się z żelastwem. Nie mając dość pozowania kręcimy jeszcze ostatni filmik z wejścia, wybiegam więc naprzód i osiągnąwszy przełęcz robię kilka podskoków i innych oznak radości dla efektywnego zakończenia ujęcia. Z boku obserwują mnie stojący tam „poważni turyści” (a może i nawet taternicy w cywilu) z poważnymi minami, jakie każdy poważny turysta powinien przyjąć na widok żółtodzioba, który cieszy się jak mysz do sera, że udało mu się zdobyć Zawrat. Postanawiam nie pozbawiać panów anegdotki do opowiadania przy piwie i nie tłumaczyć się ze swoich wygłupów, a zamiast tego obdarzam ich przyjaznym uśmiechem.

Cóż, szlak na Zawrat okazał się daleko łatwiejszy i krótszy niż go zapamiętałam. Pewnie dlatego, że będąc tu te kilka lat temu moje doświadczenie wysokogórskie było mizerne i był to mój pierwszy kontakt z łańcuchami. Do tego był zimny, jesienny dzień i cała górna część podejścia była w lodowatym cieniu, a ja nie miałam rękawiczek, więc nie bardzo się z tym żelastwem polubiliśmy. No i było później, bo wychodziłyśmy z Zakopca. Było też sporo ludzi, trzeba było czekać i mijać się z idącymi z przeciwka. Tak, kilka lat temu Zawrat przywitał mnie chłodno. Tym razem było inaczej – czuję, że zyskałam w jego „oczach” 🙂

Jest dziewiąta. Na niebie ani jednej chmurki, za to na szlaku od Piątki coraz więcej ludzi. Wmuszamy w siebie kanapki i rozpoczynamy schodzenie. Dłuuugie schodzenie, którego kolanka nie lubią. Po raz pierwszy przechodzimy tak blisko Zadniego Stawu Polskiego, który nie jest dostępny oczom większości bywalców Doliny Pięciu Stawów Polskich (zwłaszcza tych, dla których celem wycieczki jest schronisko).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wole Oko jest prawie zupełnie wyschnięte. W miarę pokonywania kolejnych metrów szlaku wyłaniają się następne stawy i rozległe zielone połacie doliny poprzecinanej leniwymi potokami i rozlewiskami. Nitka szlaku, z wystającymi co i rusz maleńkimi sylwetkami ludzi, wyraźnie odcina się od soczystej zieleni traw. Widok jest bajeczny. Ale z drugiej strony widzieć tak dużo szlaku, który ma się do przejścia nie jest zbyt dobrze. Zdecydowanie wolę być zaskakiwana przez cel mojej podróży.

DSC01149

Przez dolinę przechodzimy szybkim krokiem, korzystając z faktu płaskości terenu. Im bliżej Wielkiego Stawu tym więcej wypoczywających, których liczba rośnie eksponencjalne w miarę zbliżania się do schroniska. Wszelkie możliwości delektowania się pięknem krajobrazu w ciszy i spokoju maleją do zera. Jedynym pocieszającym faktem jest to, że nie mamy akurat weekendu. Przy Przednim Stawie, w miejscach gdzie szlak prowadzi nad samym jego brzegiem pojawiła się TPNowska taśma, której dotąd tu nie było. Zaczynamy się zastanawiać, czy powodem mogły być próby dokarmienia wątłych pstrągów i kiedy coś takiego zawiśnie nad innymi popularnymi górskimi jeziorami.

Około jedenastej jesteśmy w schronisku. Godziny szczytu zaczynają się na dobre, ale udaje nam się jeszcze znaleźć miejsce w jadalni. Ponieważ kanapki wyjątkowo nam już nie wchodzą miłą odmianę w postaci naleśników i szarlotki witamy z zadowoleniem. Obok nas już niemal przysłowiowa „pani w klapeczkach” narzeka na jakość herbaty jaką serwują w tym turystycznym przybytku, co chwilę powtarzając, że „w tamtym schronisku była dużo lepsza” i że „tu w ogóle idą na ilość a nie na jakość”. Zaczyna mnie nawet ciekawić, cóż to za tajemnicze „tamto schronisko”, co sprzedaje tak dobre napitki w postaci czarnej herbaty w torebkach, ale postanawiam jednak nie dociekać i pozostać przy delektowaniu się szarlotką. Rozglądam się dookoła. Plecaki zostawione w „przechowalni” pod sufitem przywołują wspomnienia z poprzedniego roku. Miłe wspomnienia. W ogóle schronisko w Piątce jest jak dotąd w czołówce mojego osobistego rankingu miejsc do spania w górach. Po pierwsze ze względu na fakt, że żeby się do niego dostać trzeba włożyć trochę więcej wysiłku. Nie da się tam niczym dojechać, przez co zatłoczenie jest jednak trochę mniejsze, gdyż bardziej leniwa część wczasowiczów się tam nie zapuszcza. Schronisko położone jest w jednej z najpiękniejszej scenerii w Tatrach. Jest nieduże, przez co bardziej przytulne, i ładnie urządzone. Obsługa schroniska jest miła, jedzenie dobre i (co mnie zawsze dziwi w obliczu braku możliwości dojazdu) nawet tańsze niż w innych (choć w przyszłym roku ceny noclegów idą w górę to i to może się zmienić). Jest funkcjonująca kuchnia turystyczna i free wrzątek 24/7. No i można spać na podłodze, właściwie, każdym jej skrawku. To wszystko składa się na tzw. klimat, który mi osobiście bardzo odpowiada, nawet jeśli czasem pod prysznic wchodzi się na jednym wdechu i wychodzi bardzo szybko, bardzo orzeźwionym. Ale klimat dopiero po południu, kiedy wszyscy odwiedzający już sobie pójdą i zostają tylko nocujący. Póki co kończymy obiadek i czas ruszać w drogę powrotną.

Uff… jak dobrze zostawić tłumy za sobą i powrócić do natury. Wracamy początkowo tą sama trasą aż do skrzyżowania ze szlakiem żółtym. Jest lekko po dwunastej. Upał. Na niebie nie ma ani jednej chmurki – warunki dość rzadkie. Rozpoczynamy wędrówkę szlakiem żółtym. Początkowo prowadzi nas łagodna, kamienna ścieżka wśród traw i niknących kępek kosodrzewiny, która w miarę pokonywania kolejnych metrów wznosi się coraz bardziej na kamienne tereny Dolinki Pustej. Nazwa doliny bardzo adekwatna, gdyż poza polami gołoborzy dolina jest rzeczywiście pusta, można by nawet rzec pustynna, a efekt ten jest dodatkowo wzmocniony dzisiejszą pogodą. Jej ułożenie u stóp otaczających szczytów wzmacnia każdy dźwięk, co sprawia, że nawet małe kamyki opadające gdzieś ze zboczy są niczym wielkie głazy, uderzając o dno doliny z głuchym stukotem, odbijającym się echem od wszystkich ścian. Dźwięk następnie ginie bezpowrotnie w ciężkim, gorącym powietrzu. Wszystko to sprawia, że panujący tu klimat wydaje się nieco złowieszczy, niczym kraina hien z Króla Lwa. Ścieżka kluczy pomiędzy skałami, momentami trzeba jej dobrze pilnować, by nie zostać sprowadzonym na manowce. Tym bardziej, że spoglądając w górę zauważamy „atrakcję” Zamarłej Turni, która wcześniej się nam nie pokazywała, a mianowicie – są taternicy 😉 A już miałyśmy pisać reklamację do autora przewodnika.

DSC01160

Im dalej w głąb doliny tym ścieżka jest jednak bardziej widoczna. Około trzynastej w końcu dochodzimy do momentu w którym kijki zaczynają przeszkadzać i rozpoczyna się wspinaczka. I znów niemal nieprzerwany ciąg łańcuchów prowadzi nas do samej przełęczy przez wąskie półki skalne i prawie pionowe ściany.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dolinka Pusta dość szybko zostaje w dole. Fragment szlaku umiejscowiony jest pomiędzy skałami zmuszając nas do zajęcia pozycji do nich równoległej i wystąpienia w roli wypełnienia kanapki. Wspinając się do góry z pomocą klamer i mając nad sobą kamienny dach zastanawiamy się nad możliwościami przejścia tędy z większym plecakiem (co, jak się później okazało, jest całkiem możliwe). Po dość krótkim czasie wypełnionym atrakcjami docieramy do momentu zatorowego, w którym do naszego szlaku dołączają znaki czerwone. Z tej strony sytuacja wygląda równie kiepsko jak z drugiej. Próbujemy zasygnalizować swoją obecność komunikatami głosowymi, ale okazuje się, że od przełęczy wychodzi grupa obcokrajowców mówiących w bliżej nieokreślonym języku, więc początkowe próby organizacji ruchu nie działają. Na szczęście znajdujemy płaszczyznę (w sensie dosłownym i figuratywnym) porozumienia na poziomie angielskiego i, jako że jest nas tylko dwie, grupa pozostała za zakrętem decyduje się umożliwić nam przejście. Dziwne, że nie pamiętam tego fragmentu z niedawnego przejścia w drugą stronę, ale odcinek, w którym sięgam do łańcucha mając ręce wysoko nad głową tym razem zapada mi w pamięć. Kolejny raz ledwo mieszczę się w limicie wzrostu. Dodam, że w tym wypadku zignorować łańcucha nie sposób, gdyż asekuracja na tym odcinku jest wskazana ze względu na możliwość szybkiego zjazdu w sam środek pięknego, kamiennego „jeziora” w Dolince Pustej. Przemknąwszy pomiędzy tłumami znajdujemy się już na Koziej Przełęczy. Jest 13:30.

Wydaje się, że ludzi przewijających się przez Orlą jest dzisiaj o wiele więcej niż kiedy szłyśmy tędy niedawno. Nie zostajemy w tym miejscu zbyt długo. Droga w dół, w kierunku Doliny Gąsienicowej rozpoczyna się krótką serią łańcuchów. Bardzo krótką, przez co czujemy się trochę zawiedzione. Po niej następują ruchome schody. Tak, ruchome. Przy braku stąpających po nich osobników znajdują się w uśpieniu, lecz mechanizm bardzo łatwo jest uruchomić jednym nieostrożnym krokiem, czego bardzo staramy się uniknąć. Co prawda kierunek ich ewentualnego ruchu, ogólnie rzecz biorąc, zgadza się z naszym, jednak zmienny przebieg w terenie nie daje nadziei na bezpieczne dotarcie do celu. Drobny piarg – bo to właśnie on odpowiada za ruchomość schodów – przykrywa ścieżkę, tak że prawie jej nie widać. Schodzimy więc dość wolno żeby nie zgubić szlaku ani nie pojechać zbyt szybko na dół z lawinką kamieni pod stopami. Znaki również trudno dojrzeć, a jeśli już są to namalowane tak, że tylko wchodząc w kierunku przełęczy byłoby je widać. Wiele z nich jest całkiem nowych, chociaż stare też jeszcze funkcjonują. Jak widać przebieg szlaku w międzyczasie uległ zmianom, a znaki pokazują miejscami dwa warianty.

Po kilkunastu minutach zejścia na trasie znów pojawiają się łańcuchy, przeplatane prostymi ścieżkami, a my w międzyczasie zdążyłyśmy już wyciągnąć kijki. Okazuje się jednak, że ubezpieczone przejścia są krótkie, więc nie składamy już kijków (co może nie jest zbyt mądre).

DSC01183

Sprawnie pokonujemy pozostałą trasę i wkrótce mijamy skrzyżowanie ze szlakiem zielonym. Jest około 14:30. W okolicach Zmarzłego Stawu natężenie ruchu znacznie wzrasta. Okazuje się, że jest to cel wycieczek dla co ambitniejszych wczasowiczów, a są i tacy wędrowcy, którzy zmierzają dalej. Mijamy ich szybko, czemu sprzyja fakt, że, w przeciwieństwie do nich, mamy z górki, niechcący wysłuchując opowieści o przerażającej burzy na pomorzu i innych żali zasapanego towarzystwa, w którym na licznych twarzach maluje się uczucie z gatunku „po jaką cholerę tu włażę” a jednocześnie „pokażę im, że jednak dam radę”. Mniej więcej w połowie drogi między stawami jedna z takich twarzy zadaje nam pytanie, którego, zwłaszcza w górach nie powinno się zadawać. Zwłaszcza schodzącym gdy idzie się pod górę. A najbardziej zwłaszcza osobie, która się w górach wychowała. Co prawda fakt górskiego pochodzenia nie jest ewidentny i dla nieznajomych można go pominąć, ale pozostałe jak najbardziej mają tu zastosowanie. Chyba wiadomo już o jakie pytanie chodzi? Dla ścisłości podaję, że chodzi o: „Daleko jeszcze?” Oczywiście, że niedaleko. Rzut kamieniem. Ponieważ jesteśmy trochę zmulone upałem, Marta odpowiada tylko najbardziej oczywistym „nie”. Bo to prawda przecież. Zostało jeszcze jakieś cztery godziny dnia. Licząc, że dojście stąd do schroniska zajmie niecałą godzinę, zostają trzy, czyli jakieś półtorej na przejście w jedną stronę. Gdziekolwiek pytająca się udawała, to nie mogło być daleko. Jednak dla pewności, Marta obraca się jeszcze po chwili do turystki w celu doprecyzowania: „Ale dokąd?” 😀 Uff, okazało się, że celem jest tylko „Mroźny Staw”.

Niedługo potem my również docieramy do stawu, tego nie mroźnego 🙂 Ponieważ mamy jeszcze sporo czasu postanawiamy zrobić sobie przerwę na plażowanie. Zimna woda jest cudowna w taki upalny dzień. Aż nie chce się iść dalej, jednak w końcu wolimy spać w łóżku niż pod chmurką, więc trzeba się dotransportować do Murowańca. W schronisku jesteśmy przed siedemnastą.

Cóż, czas wygody dobiegł końca. Jutro zmieniamy lokum, czas więc spakować manatki. Początkowo planujemy pospać dłużej, ale prognoza pogody na drugą połowę jutra nie brzmi zachęcająco, więc znów czeka nas poranna pobudka.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 08/08/2013 w Tatry, Tatry polskie, Tatry Wysokie

 

Tagi: , , , , ,

Orla + chaszcze w reglach. dzień IV

Dzień czwarty – środa – Murowaniec-Liliowe-Kościelec-Murowaniec

Po dwóch intensywnych dniach trzeba trochę spauzować, więc dziś jest dzień relaksu. W związku z tym postanowiłyśmy dziś wejść tylko na Kościelec… przez Liliowe. (No, ok, przyznaję, konsultacji z psychologiem nie było przed pierwszym wyjazdem… z ortopedą z resztą też nie, ale w tym temacie teraz nadrabiamy). Justyna niestety musi już nas opuścić, więc rankiem nasze drogi się rozchodzą.

Nasz szlak prowadzi początkowo tak jak wczoraj, jednak tym razem idziemy prosto aż do kolejnego rozgałęzienia szlaków i odbijamy w lewo zielonym. Ścieżka wkrótce przyjmuje formę kamiennych schodków. Idzie nam się całkiem nieźle i po niespełna półtorej godziny jesteśmy na przełęczy. Na rozległej hali pasie się rodzinka kozic korzystając z faktu, że turyści w większości jeszcze nie wylegli ze swoich legowisk.

DSC01011

Mając taki dobry rozpęd idziemy dalej, robiąc krótką przerwę na drugie śniadanie na Skrajnej Turni. Zielona Dolina Gąsienicowa (przez wielu „znawców-kolejkowców” z Kasprowego zwana Doliną Pięciu Stawów) prezentuje się stąd pięknie. Stawy o różnych kształtach i wielkościach, osadzone wśród ciemnej zieleni kosówki chłoną poranne promienie słoneczne, które giną w nich bezpowrotnie. Kolor wody jest w nich inny niż w większych stawach innych dolin, zwłaszcza charakterystyczna jest barwa Zielonego Stawu, który od niej wziął swoją nazwę.

DSC01006

Zaczyna trochę wiać, więc idziemy dalej. Niedługo potem jesteśmy na Świnickiej Przełęczy, skąd schodzimy znanym nam już czarnym szlakiem. Dzisiaj mamy sporo czasu, więc, wyczaiwszy dorodne poletko po drodze robimy sobie dłuższą przerwę na popas nad Czerwonymi Stawkami. Zaaplikowawszy sobie zastrzyk energii maszerujemy dalej po kamieniach porośniętych zielonymi porostami – zdaje się, że w Zielonej Dolinie wszystko musi być choć trochę w tym kolorze.

Po niezbyt wymagającym podejściu jesteśmy na przełęczy Karb. Jest już trochę po dziesiątej i ruch już powoli zaczyna się rozkręcać. Przegryzając zbożowe batoniki zupełnie niechcący jesteśmy świadkami dylematów odpoczywających na przełęczy wędrowców. Wielu z nich poważnie do serca bierze sobie ostrzegawczą tablicę, informującą o niebezpieczeństwach czyhających na śmiałków, którzy odważą się zaatakować północne zbocze Kościelca i zadowala się podziwianiem góry z miejsca, w którym są. Wcale się nie śmieję. W wielu przypadkach jest to dobra decyzja, w porównaniu do tych, którzy jednak postanawiają się sprawdzić, nie do końca będąc przygotowanymi na to co ich czeka.  Szlak na Kościelec ma w sobie ten dziewiczy urok, nie splamiony żelastwem, które w innym miejscach bardzo ułatwia wspinaczkę. Na trasie nie uświadczysz ani jednego łańcucha ni klamry, stąd też, przyzwyczajeni do takich udogodnień turyści, będąc zdanymi na własne siły, często bywają mocno zdziwieni, że oto wystający kawałek skały jest ich jedyną podporą.

DSC01041

Niemniej jednak, przy tak ładnej pogodzie (a jest niemal bezchmurnie i bardzo ciepło), nie nazwałabym tej drogi ekstremalną, a brak sztucznych ułatwień tylko dodaje jej powabu. Ścieżka w większości nie wymaga nawet rezygnacji z kijków, ale, zwłaszcza w wyższych partiach, co i rusz oferuje dodatkowe atrakcje w postaci nachylonej skały z poziomą rysą szerokości stopy, albo krótkiego kominka, w którym trzeba trochę bardziej naprężyć bicepsy, czy też rozciągnąć mięśnie ud. Czasem trzeba też skorzystać z dodatkowej podpory w postaci górnej pary kończyn. Te dodatkowe atrakcje powodują, że tu i ówdzie tworzą się małe korki, musimy więc uzbroić się w cierpliwość. Niemniej jednak po niecałej godzinie jesteśmy już na szczycie i, po zlokalizowaniu dogodnego miejsca, usadawiamy się na dłuższą posiadówkę.

Jest prawie południe, więc najlepszy czas na opalanie (wcale nie – o tej porze powinno się siedzieć w cieniu – proszę nie brać z nas przykładu!), przykrywamy więc głowy i ramiona, w zamian wystawiając do słonka blade stopy, ukryte dotąd po kostki w trepach i dość wyraźnie odcinające się kolorem od reszty nóg. Za nami trwa zażarta dyskusja na temat tego skąd zaczyna się Orla Perć i licytowanie się kto, gdzie i w jakich warunkach nie był. Przed nami cudowny widok na wspomnianą trasę,

DSC01045

.DSC01050

z zabawnie wyglądającymi stąd, pochylonymi sylwetkami ludzi, wspinającymi się na Mały Kozi Wierch – z tej perspektywy wyglądają zupełnie jak karawana wielbłądów.

DSC01061

Na skale obok nas początkujący wspinacz przygotowuje się do zjazdu zachodnią ścianą Kościelca, niechcący stanowiąc atrakcję dla wszystkich odpoczywających na szczycie. Jest upalnie, jest super. Ponieważ zajęłyśmy najdalszy dostępny „kąt”, nikt koło nas nie chodzi, możemy więc spokojnie delektować się widokami, co zajmuje nam w sumie jakieś dwie godziny. Miał być relaks to jest relaks.

W końcu jednak czujemy, że słonko przygrzało nam już dość. Zaczyna się robić sennie, a trzeba przecież jeszcze zejść. Zakładamy więc z powrotem buty i ruszamy na dół, mijając po drodze turystów wszelkiej maści oraz wycieczki szkolne ze słuchawkami na uszach. Obserwując niektórych „zdobywców” można odnieść wrażenie, że Kościelec stanowi jakiś kolejny stopień wtajemniczenia, po zdobyciu Giewontu, po którego zaliczeniu dostaje się +50 do exp’a i + 30 do many, które można potem wymienić na darmowe piwo w schronisku. (Proszę mi wybaczyć drobne złośliwości. Daleka jestem od oceniania motywów czyjegoś zachowania, czy ludzi w ogóle, ale tatrzańskie „potoki ludzkie” (że zacytuję klasyka) potrafią wywołać najróżniejsze skojarzenia.)

Na kolejny przystanek zatrzymujemy się przy stawie, gdzie dla odmiany można się ochłodzić i pomoczyć wygrzane stopy. Na „plaży” tłumy, ale udaje się nam znaleźć fajne miejsce na leżakowanie. Mamy czas by się rozejrzeć po okolicy,

DSC01107

.DSC01117

co pozwala nam zauważyć zarys starego szlaku na Kościelec, który prowadził wprost znad stawu. Lenistwo nad stawem trwa półtorej godziny, po czym mamy stanowczo dość i już zaczynamy planować trasę na jutro. Wracamy do schroniska około szesnastej, gdzie, korzystając z pozostałego czasu wolnego, postanawiamy wypróbować zasoby dostępnych gier planszowych.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 07/08/2013 w Tatry, Tatry polskie, Tatry Wysokie

 

Tagi: , , ,

Orla + chaszcze w reglach. dzień III

Dzień trzeci – wtorek – Murowaniec-Świnica-Zadni Granat-Murowaniec

Zdobywania dzień drugi czas zacząć. Przewidzianą na dziś pozostałą część Orlej postanawiamy wzbogacić o zdobycie Świnicy, no bo co tak sama ma zostać?

Jesteśmy na szlaku kilka minut po szóstej. Słońce wstało już dawno i już przygrzewa w plecy. Zapowiada się niezła lampa. Maszerujemy sprawnie goniąc za cieniem, który wciąż nam ucieka. Na początek rozgrzewający spacer żółtym szlakiem, lekko pod górkę. Szybko osiągamy dolną stację zastygłego w bezruchu stalowego maszkarona, służącego zimą jako środek transportu narciarzom. Sterczące w środku krajobrazu metalowe słupy sprawiają podobne wrażenie estetyczne jak beczkowóz na dziedzińcu pięciogwiazdkowego kurortu. Przechodząc pod metalowymi linami mijamy szkaradę, podążając w głąb zielonego ramienia Doliny Gąsienicowej w kurczącą się strefę cienia. Na szlaku powoli zaczynają pojawiać się pojedyncze osoby. Mijamy Zielony Staw. Jest chłodno, rześko. O dziwo idzie mi się całkiem dobrze, biorąc pod uwagę, że zwykle potrzebowałam trochę więcej czasu na rozruch. Ponad Czerwonymi Stawkami ścieżka zaczyna piąć się w górę, przybierając formę zygzaka. Wychodzimy z powrotem w słoneczną strefę wchodząc coraz bardziej w krainę kamiennych złomów, która odsłania przed nami jeszcze dwa, ukryte wyżej stawy. Przeskakując z kamienia na kamień dobijamy do skalnej ściany, której zboczem dochodzimy do Przełęczy Świnickiej. Minęło półtorej godziny od wyjścia. Na przełęczy następuje pierwsze drugie śniadanie i pierwsze delektowanie się krajobrazem połączone z (a jakże) sesją zdjęciową. I tak na przykład mamy widok na schronisko, z którego wyszłyśmy i kawałek szlaku:

DSC00700

Oraz słońce mrugające zza Świnicy:

DSC00701

Zza „winkla” wychyla się Krywań, który, jak się później okaże, będzie punktem charakterystycznym wielu dzisiejszych zdjęć.

DSC00702

Na przełęczy hula wiatr, prawie zmuszając nas do pomyślenia o założeniu czegoś cieplejszego, toteż postanawiamy ruszyć w drogę. Pojawiające się niedługo pierwsze łańcuchy zapowiadają kolejny dzień fajnej zabawy. Kijki idą w odstawkę na około siedem kolejnych godzin, a na ich miejsce dłonie osłaniają rękawiczki. Szybko okazuje się jednak, że łańcuchy tym razem tylko postraszyły, bo po krótkim, ubezpieczonym odcinku prawie do samego wierzchołka prowadzi prosta ścieżka. W dole Dolina Pięciu Stawów Polskich stopniowo odkrywa swoje oblicze. Choć, biorąc pod uwagę, że to Zadni Staw ukazuje się nam najpełniej, mam wątpliwości czy „oblicze” to właściwe słowo.

DSC00715

Przed szczytem zdążył się już zrobić lekki korek, a nie ma jeszcze nawet dziewiątej. Widząc, że schodząca grupa ludzi podchodzi do łańcuchów jak pies do jeża, nie bardzo wiedząc, co zrobić z nogami, postanawiamy zostawić im znakowaną ścieżkę, a same wdrapujemy się nieco obok, który to wariant jest z resztą wygodniejszy (łańcuchy mają czasem tendencję to zwodzenia turystów, zwłaszcza tych krótkonogich). Rozsiadamy się na szczycie na szybką czekoladkę i podziwianie widoków. Pogoda jest cudowna, żadna chmurka nie przesłania doskonale błękitnego nieba. Wokół nas maluje się krajobraz usiany szczytami Tatr polskich i słowackich, od łagodnych szczytów Zachodnich, poprzez masywne fale Czerwonych Wierchów,

DSC00728

aż po ostre zęby Wysokich. W dole najwyższa część Doliny Pięciu Stawów oraz Dolina Gąsienicowa, przecięta granią Kościelców na swoją Czarną i Zieloną odnogę.

DSC00751

Dalej plackiem leży Zakopane i okoliczne wsie, za którymi piętrzą się Beskidy z królewną Babią.

DSC00727

Rozglądając się dalej w kierunku wschodnim możemy się przyjrzeć Granatom z innej perspektywy – i oto okazuje się, że rzeczywiście są trzy 🙂

Po obfotografowaniu wszystkiego dookoła czas ponownie ruszyć w drogę. W końcu im dłużej tu czekamy tym większe tłumy docierają dalej, a tą niedogodność zdecydowanie wolimy zminimalizować. Zejście ze Świnicy w kierunku Zawratu jest dużo bardziej ciekawe niż podejście z drugiej strony. Ubezpieczenia są niemal na całej jego długości, w tym kolejne atrakcje dla długonogich w postaci klamer powbijanych w skałę w metrowych odstępach. Klamrowa „drabinka” wydaje mi się dłuższa niż wtedy gdy byłam tu kiedyś i zaczynam być z siebie dumna, że wtedy udało mi się ją pokonać w przeciwnym kierunku, choć wciąż się temu dziwię. W międzyczasie na szlaku przed nami pojawia się pan w kapeluszu, który raczy nas historiami o turystach, którzy porwali się na ten szlak nie wiedząc, co czynią, co skutkowało koniecznością wzywania TOPRu i sprowadzania spanikowanych owieczek. Oraz o pewnej parze w strojach niemal galowych, która pod osłoną parasola w deszczu wybrała się na spacer na Zawrat (całe szczęście od Piątki). Stwierdzam ponownie, że jeśli chodzi o ludzi w górach to nic mnie już nie zdziwi. Szlak jest rzeczywiście wymagający i momentami dość wąski, sprawiając, że człowiek mimowolnie przytula się do ściany. Mając z drugiej strony alternatywę w postaci kilkusetmetrowej przepaści skalna ściana jest zdecydowanie dużo bardziej atrakcyjna.

DSC00755

Na szczęście nie trzeba się z nikim wymijać. Ten kawałek szlaku stanowi zdecydowanie dobre preludium Orlej. Dochodzimy w końcu do ostatniego odcinka, który pozwala nieco odetchnąć, łagodna ścieżka trawersuje zbocza Zawratowej Turni delikatnie wznosząc się ku przełęczy.

DSC00764

Po dziesiątej osiągamy w końcu początek Orlej Perci – przełęcz Zawrat. Jest coraz cieplej, słońce przygrzewa. Na przełęczy zgromadziło się już sporo ludzi, ale na szczęście ich liczba nie przekroczyła jeszcze granicy tłumu. Po krótkim odetchnięciu ruszamy więc dalej, na Mały Kozi Wierch. Podejście rozpoczyna się niewinnie, ale niedługo potem ścieżka staje się bardziej stroma, jest nawet kawałek łańcucha. Dość szybko osiągamy szczyt, nie rozsiadając się zbytnio tym razem.

Jak się weszło na górę to trzeba teraz zejść żeby znów można było wchodzić. Schodzimy więc w kierunku Zmarzłej Przełęczy Wyżniej, z której opada słynny żleb Honoratka. Na początek trzeba zrobić krok na drugą stronę szczeliny (skądś już to znamy, ta szczelina jest jednak dużo mniej adrenalino-twórcza i jej przejście idzie nam sprawnie, niemal niezauważenie). Dalej idziemy wzdłuż ściany, po wąskich półkach i załomach skalnych patrząc jak jak odległość między dnem żlebu a nami w szybkim tempie się powiększa.


DSC00808

Powitalny uścisk Honoratki jest chłodny, ale czułości ze skalną ścianą są nieodzowne. Pewny chwyt na przyrdzewiałej biżuterii również. Ostrożnie stawiamy nogi, schodząc coraz głębiej. Ogarnia nas coraz większy chłód północnych zboczy Zmarzłych Czub, przyjemny przy obecnie panującej pogodzie, ale w innych warunkach zapewne byłby raczej złowieszczy (po raz kolejny błogosławimy panującą aurę, suchą i ciepłą).

DSC00807

 Honoratka jest zdecydowanie w moim typie, myślę, że to krótkie tête-à-tête wystarczy nam by się zaprzyjaźnić. Niestety nie mamy czasu na dłuższe pogaduchy, bo jeszcze kilka nowych znajomości czeka na zawarcie, a dzień jest taki krótki.

DSC00814

Ruszamy więc dalej, wychodząc na słoneczną stronę mocy, a zaraz potem w dół po płaskiej płycie skalnej na rozległą Zmarzłą Przełęcz, na której wciąż stoi wbrew wszelkim regułom grawitacji i logiki charakterystyczny skalny chłopek, któremu, wbrew panującej modzie, postanowiłam nie towarzyszyć na zdjęciu.

DSC00830

Jak to tylko możliwe przenosimy wzrok na gładką ścianę Zamarłej Turni w poszukiwaniu taterników, którzy, jak podaje przewodnikowy klasyk, tutaj występują. Niestety jest chyba za gorąco (w końcu już prawie południe) i taternicy pochowali się w cieniu, bo ani jednego nie udaje nam się dostrzec. Obchodzimy więc Turnię z drugiej strony, wspinając się wyżej przy pomocy klamer i łańcuchów.

DSC00837

Wielkimi (dosłownie) krokami zbliżamy się do najsłynniejszego chyba elementu Orlej Perci, który nie jest bynajmniej naturalnie występującą częścią krajobrazu, a wręcz przeciwnie – sztucznym dodatkiem.

Drabinka umożliwiająca zejście do Koziej Przełęczy jest zdecydowanie największą celebrytką całego szlaku. Została już obfotografowana z każdej możliwej strony o każdej porze roku i w każdych warunkach pogodowych. Zdjęcia z Orlej, wśród których nie ma choćby jednego przedstawiającego drabinkę nie tworzą pełnego obrazu atrakcji jakie czekają tu na turystów. To tak jakby się tam w ogóle nie było. Nie ma wątpliwości, słitfocia na drabince musi być.


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Schodzimy pojedynczo, korzystając z faktu, że nie ma za dużo ludzi (poza tym więcej niż jedna osoba na tym żelastwie to raczej nie jest dobry pomysł – no bo co to za zdjęcie by było ;p) Pierwsza schodzi Marta, która zdążyła nas już wcześniej uświadomić jak bardzo nie lubi drabin. Zwłaszcza tych wiszących wprost nad przepaścią, w dodatku pod skosem, o konstrukcji, której wytrzymałość może wzbudzać wątpliwości. Kiedy Marta radośnie znajduje sobie miejsce na dole, w którym grunt pod nogami ma trochę większą szerokość niż centymetr, kolej na mnie. Pierwszy krok może sprawiać trochę większą trudność, ale trzymając się łańcucha przejście pomiędzy poziomem a pionem idzie mi płynnie. Szczebelki są faktycznie trochę śliskie, pilnuję się więc, by zachować pewny uchwyt dłoni, ale co najważniejsze – są blisko siebie, więc nie muszę się martwić gdzie postawić stopę. Szybko wchodzę w równy rytm, który zostaje przerwany kilka metrów niżej, gdzie trzeba zarzucić nogę, a potem całą resztę, na skalną półkę znajdującą się po lewej stronie (chyba żeby ktoś chciał w szybkim tempie znaleźć się w Koziej Dolince poniżej to wtedy nie trzeba – ale zdecydowanie odradzam takie skróty).

DSC00842

I koniec. Tym oto sposobem drabinka do Koziej w moim osobistym rankingu Orlich Adrenalino-Wyzwalaczy odpadła w rundzie eliminacyjnej.

Kiedy Justyna również znajduje się na dole pora iść dalej. Powoli, gdyż znalazłyśmy się właśnie na skrzyżowaniu równorzędnym ze szlakiem żółtym. Brak sygnalizacji świetlnej powoduje konieczność użycia sygnalizacji głosowej, gdyż ludzie idący w górę od strony Dolinki Pustej są stąd zupełnie nie widoczni zanim wyłonią się zza kamienia, a wtedy minąć się już trudno. Samoistnie organizuje się więc ruch wahadłowy na odcinku, w którym oba szlaki prowadzą tą samą ścieżką i w końcu udaje nam się przemknąć w górę, pozostawiając żółte znaki własnemu biegowi. Kilka kroków dalej czeka nas kolejna drabina, tym razem z klamer i od razu mogę stwierdzić, że bardziej polubiłam tą poprzednią, zwłaszcza gdy stojąc na jednej klamrze, drugą mam na wysokości pępka…

IMG_2075

Ćwiczenia w podciąganiu się na drążku mają swoje praktyczne zastosowanie. Po pokonaniu tej przeszkody można spojrzeć na przeciwległą ścianę z innej perspektywy i zobaczyć jak bardzo nachylona jest ta słynna drabinka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jednak nie ma co się za bardzo rozsiadać. Pniemy się dalej w górę Kozich Czub. Szlak przez chwilę prowadzi po fajnej, nachylonej ścianie, bez łańcuchów – można się poczuć prawie jak taternik 😉 Przechodzimy na drugą stronę grani i dalej, zbliżając się nieuchronnie do kolejnego finalisty rankingu Orlich Adrenalino-Wyzwalaczy – nie jestem tylko pewna, na jaki medal zasługuje, złoty czy srebrny (tak, mogę przyznać dwa takie same medale w jednej konkurencji, a nawet trzy – w końcu to mój prywatny ranking). A mianowicie mowa o zejściu do Koziej Przełęczy Wyżniej, które prowadzi pionową rynną dla długonogich, zaopatrzoną w cztery małe, zardzewiałe, śliskie klamry, długi łańcuch i deficyt miejsc, na których można w miarę stabilnie lub w ogóle oprzeć stopy.

DSC00883

Na łańcuchu można pohuśtać się jak Tarzan na lianie, jednak zbytnie rozbujanie się grozi szybką zmianą położenia n.p.m. o jakieś -200 m. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jeszcze chwila a wykonam mało efektowny zjazd na łańcuchu z komiksowym rozplaskaniem się na jakieś skale, tyle, że efekt nie będzie raczej komiczny. Kiedy pionowe zejście się kończy i szlak przyjmuje kierunek bardziej zbliżony do horyzontalnego biorę głęboki wdech, z ulgą dotleniając zestresowany mózg i spięte mięśnie. Jednak złoty medal.

Schodzimy do przełęczy by zaraz potem zacząć drapać się znów pod górę. Najpierw po płaskiej skale wznoszącej się pod skosem przy ścianie z łańcuchem, a następnie kominkiem, z, a dalej już bez ubezpieczeń.

IMG_2092

Ten odcinek jest całkiem interesujący, jeden z moich ulubionych. Skała jest poszarpana, z licznymi załomami i wystającymi fragmentami, których bez problemu można się chwycić lub na nich stanąć. Wspinaczka idzie nam szybko i sprawnie, tak więc zanim zdążymy się obejrzeć jesteśmy już na najwyższym, całkowicie polskim szczycie, czyli Kozim Wierchu.

Tym razem z fotki z kołkiem nici, gdyż zwyczajnie kołka brak (dla nieświadomych jeszcze rok temu był, taki drewniany kij od miotły, w najwyższym punkcie wierchu stał – tabliczki z nazwą brak to chociaż kołek ktoś zamontował), już myślałam, że to stały element tego miejsca, ale jak się okazuje jednak nie. Do obfotografowania pozostaje więc tylko panorama (piękna panorama, żeby nie było) – ale nikt z tego powodu nie narzeka, gdyż pogoda jest wciąż super i widoki przednie. Na przykład na Wysokie:

DSC00914

Albo Świnicę:

DSC00893

I Dolinę Gąsienicową:

DSC00901

Odpoczywając na szczycie chrupiemy ciasteczka owsiane, doskonale zastępujące kanapki ze znienawidzoną konserwą. Za nami ponad siedem godzin wędrówki.

Dalszy odcinek pomiędzy Kozim Wierchem a Buczynową Strażnicą to relaksujący spacerek. Trawersujemy południowe zbocza, wciąż szukając miejsca oznaczonego na mapach wykrzyknikiem, jednak żaden fragment nie wydaje się szczególnie zasługiwać na takie wyróżnienie. Schody zaczynają się dopiero po przekroczeniu Przełączki nad Buczynową Doliną, za którą ma swój początek, znany nam już z drugiej strony, Żleb Kulczyńskiego. Górna część żlebu zdecydowanie zasługuje na srebrny, albo co najmniej brązowy medal Orlego Adrenalino-Wyzwalacza. Szlak prowadzi po nachylonej pod sporym kontem śliskiej, poszarpanej skale. Schodzenie tędy po deszczu byłoby sporym wyzwaniem, a i przy suchej pogodzie wymaga wzmożonej czujności. Decydujemy się na sposób „zadek w górze”, czyli tyłem do przodu i na czworaka, który pozwala zmaksymalizować punkty podparcia na uciekającym spod nóg gruncie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Choć są i tacy, którzy wybierają sposób „zadkiem do skały”, jednak tego zdecydowanie nie polecam.

Zmęczenie dotychczasowym marszem daje o sobie znać, więc trzeba się dodatkowo skupić, by niechcący nie zafundować sobie skróto-zjazdu do Koziej Dolinki (jak widać jest to dolina, do której prowadzi wiele dróg na skróty; żadnej z nich chciałabym jednak przebyć). Na szczęście obywa się bez nieplanowanych odchyleń od szlaku i wkrótce znajdujemy się w naszym wczorajszym punkcie wyjścia na spotkanie czerwonym znakom.

W tym momencie można się już cieszyć sukcesem – hurrraaa!! Najtrudniejszy znakowany szlak w polskich Tatrach można uznać za zaliczony 😀

Ale, jako że nie lubię chwalić dnia przed zachodem słońca, będę się w pełni cieszyć dopiero jak stąd zejdziemy. A czeka nas jeszcze niemały kawałek, ponieważ postanowiłyśmy nie powtarzać zejścia Kulczynem.

Idziemy dalej już znajomą ścieżką. Kominek w zboczu Czarnych Ścian wydaje się tym razem bardziej wymagający, ale w końcu idziemy już prawie dziewięć godzin. Wkrótce osiągamy (prawie) Zadni Granat, gdzie rozpoczyna się szlak zielony, prowadzący na dół.

Zejścia, zwłaszcza po długich wędrówkach, są zawsze upierdliwe, a ten szlak nie zapewnia dodatkowych atrakcji, no może poza uciekającymi spod butów kamieniami. Dodatkowo jesteśmy zmęczone, a przy zejściu zaczynają odzywać się kolana. Na szczęście niezbyt głośno, ale kamienne schody nie należą do ich ulubieńców. Tym razem wystarczy postraszyć bandażami uciskowymi, którymi w razie czego można się wspomóc przez resztę pobytu i od razu samopoczucie im się poprawia. (Tak, rozmawiamy ze swoimi kolanami. Że niby to nie jest normalne? No cóż…). Jest po piętnastej. Słońce nadal świeci mocno. Z każdym krokiem chciałoby się coraz bardziej być już w schronisku. Docieramy do Koziej Dolinki – stąd przynajmniej jest już w miarę płasko, można przyspieszyć i robić większe kroki. Wkrótce mijamy Zmarzły Staw i coraz więcej ludzi idących w przeciwnym kierunku. Przy Czarnym Stawie Gąsienicowym wszelkie możliwe „plaże” są zajęte przez wypoczywających. Szybko okrążamy jezioro i udajemy się wprost do schroniska, gdzie czeka ciepły prysznic i zasłużony odpoczynek. Docieramy tam po siedemnastej, czyli po jedenastu godzinach w trasie. Ten dzień zdecydowanie należy do wyczynowych. Ale…

Teraz w pełni można się cieszyć i puszyć z dumy jakie to z nas zaawansowane trekkerki 😛 Orla za nami. W nas. W naszych nogach, ramionach i umysłach. Wspaniałe uczucie. Padamy z nóg, ale świadomość dokonanego wyczynu dodaje skrzydeł lepiej niż nie jeden napój energetyzujący. Super jest spojrzeć teraz na mapę i odtworzyć w pamięci krajobraz. Coś, co wcześniej było nieznane nagle stało się znajome i przyjazne. Kolejny kawałek gór odsłonił przed nami swoje tajemnice.

Orla Perć byłam moim celem i marzeniem od momentu kiedy pierwszy raz weszłam na Zawrat od strony Doliny Gąsienicowej. Było to jakieś siedem lat temu. Pamiętam, że siedząc na przełęczy zobaczyłam ludzi wyposażonych w sprzęt asekuracyjny idących na wschód i pomyślałam sobie coś w stylu: „Tam musi być czadersko… Muszę tam kiedyś iść!” Wtedy mój szlak prowadził w przeciwnym kierunku, na Świnicę i też był dość wymagający. Od tamtego dnia wiedziałam, że takie coś mnie kręci, że chcę tam wracać po więcej. Nabrałam jeszcze większego szacunku do gór i jeszcze bardziej mnie one zachwyciły. Teraz wiem o nich znacznie więcej niż wtedy, z wieloma znamy się po imieniu 🙂 Niewiele brakuje mi do tego by mieć „w nogach” wszystkie szlaki polskiej części Tatr i choć parę z nich jest mi jeszcze obcych myślę, że akurat ten między Zawratem a Krzyżnem jest dobrym podsumowaniem wszystkiego, co przechodziłam do tej pory. Na pewno nie był to mój ostatni raz (już nawet zaplanowałyśmy „zrobienie” Orlej w jeden dzień w przyszłym roku, tym razem od Piątki :)). Już się nie mogę doczekać!

(proszę się jeszcze nie rozłączać, to jeszcze nie koniec wycieczki i w okolice Orlej jeszcze wrócimy, co najmniej raz przed wyjazdem ;))

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 06/08/2013 w Tatry, Tatry polskie, Tatry Wysokie

 

Tagi: , , , , , , , , ,

Orla + chaszcze w reglach. dzień II

Dzień drugi – poniedziałek – Murowaniec-Kulczyński-Krzyżne-Murowaniec

Wybór pada na „łatwiejszą” część Orlej, „na rozgrzewkę”. Trasa obejmuje ponadto zejście z Krzyżnego, które chcemy mieć jak najszybciej za sobą.

Ze schroniska wychodzimy o szóstej. Jest rześko i trochę mokro po nocnej burzy. Póki co niebo jest bezchmurne, ale spoglądamy na nie trochę nieufnie, mając w pamięci zapowiadane przelotne opady. Droga do Czarnego Stawu Gąsienicowego upływa nam szybko i pozwala się do końca rozbudzić. Pełne energii i rozemocjonowane trasą, która nas czeka, i która będzie dla nas zupełnie nowa, szybkim krokiem okrążamy staw wchodząc coraz bardziej w gardziel Czarnej Doliny Gąsienicowej. Otaczające nas skalne turnie zdają się jakby rozpościerać swe ramiona, zapraszając nas w swoje, jeszcze zimne, objęcia. Nie możemy się oprzeć zaproszeniu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mijamy żółty szlak na Skrajny Granat. Następny żółty jest nasz, ale tylko przez chwilę – odbijamy w kierunku Zmarzłego Stawu, a zaraz potem kontynuujemy szlakiem zielonym, wkraczając w obszar Koziej Dolinki. Z zielonego jednak również w końcu schodzimy, kierując się na ostateczne podejście szlakiem czarnym, w kierunku Żlebu Kulczyńskiego. Krajobraz jest już zupełnie surowy. Wszelkie objawy zieleni zostawiamy powoli w tyle, a ich miejsce zajmują pola złomów skalnych i kamienne ściany wznoszące się ponad nimi. Idziemy prawie płaską ścieżką, która powoli zaczyna wznosić się ku górze, zmierzając na spotkanie z dolnym odcinkiem Rysy Zaruskiego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Widząc, że już niedługo zacznie się zabawa z żelastwem, przed zakrętem w prawo zatrzymujemy się na krótką, kaloryczną przerwę, a kijki zamieniamy na rękawiczki. Żądne zdobyczy ruszamy w górę. I tu po raz pierwszy zostajemy uświadomione, że osoby z długimi nogami (do których, poza Justyną, nie należymy) są zdecydowanie faworyzowane. Znalezienie sposobu na wdrapanie się na pierwszy trudniejszy odcinek, który jest w dodatku mokry, urasta do poziomu strategii wojennej, w której nasze kończyny pełnią rolę jednostek szturmowych. Jak się później okaże, dobrze obrana taktyka przyda się jeszcze wiele razy. Po zwycięskim boju z dużo większym przeciwnikiem ruszamy dalej. Wspomagając się łańcuchami (z których wiele jest całkiem nowych) i okazjonalnie klamrami idziemy dalej bez większych problemów. (Zauważyłam, że często ludziom się wydaje, że jak są łańcuchy to musi być strasznie, trudno i w ogóle hardcore, tymczasem jest zupełnie odwrotnie.) Szlak zakręca w lewo, prowadząc dalej pod progiem podcinającym Żleb. Docieramy w końcu do początku naszego celu – rozpoczyna się szlak czerwony, którym oznaczona jest ścieżka na Orlej Perci. Kierujemy się w lewo, w kierunku Granatów.

DSC00430

Po kilku minutach naszym oczom ukazuje się kolejna atrakcja – kominek wycięty w zboczu Czarnego Mniszka, a w środku niego szlak wspinający się pionowo w górę.

DSC00436b

Oczywiście są łańcuchy. Ochoczo zabieramy się za wspinaczkę, pokonując przeszkodę dość sprawnie (nawet mimo niekończących się sesji zdjęciowych).

DSC00442

Po raz pierwszy przekraczamy grań, wyłaniając się na słoneczną stronę mocy. Widoki znacząco się ubogacają. Dojrzawszy pierwsze wniesienie nadające się na piknik szybko się na nie wdrapujemy i siadamy na dłuższą przerwę. Jest wpół do dziesiątej.

Jest cudownie!

DSC00485

Mogłabym tu zbudować małą chatkę i zostać pustelnikiem… (Fakt, że jesteśmy tuż obok dość uczęszczanego szlaku możemy na potrzeby doniosłości chwili zignorować). Zwłaszcza mając w pamięci niedawne Sudety, widok, który mamy teraz wokół siebie jest absolutnie genialny. Chłonę go całą sobą, czując jak w moim ciele wzmaga się produkcja endorfin. Czuję się taka malutka w konfrontacji z otaczającymi mnie skalnymi gigantami. Góry są tak niesamowicie potężne, a jednocześnie jest wśród nich tak przytulnie. W żadnym innym miejscu nie czuje się tego, co tu.

Póki co jesteśmy jedynymi osobami na szlaku. Poza okresowymi gwizdami (świstaka, a może orła?) nic nie zakłóca ciszy. Pogoda jest wciąż ładna, choć chmury nieśmiało zaczynają gromadzić się na horyzoncie. Przegryzając drugie śniadanie rozglądamy się dookoła, próbując rozpoznać otaczające nas szczyty. Pierwsza rzuca się w oczy Świnica – razem z lekko przesłaniającą ją Zawratową Turnią przypomina wyglądem tulipan.

DSC00471

Trochę dalej żelazne atrakcje turystyczne – Giewont i Kasprowy, oraz prawie wszystkie Czerwone Wierchy. W oddali majaczą szczyty Tatr Zachodnich – nie bez zadowolenia stwierdzamy, że wiele z nich, zwłaszcza po polskiej stronie, udaje nam się rozpoznać. Spoglądając bardziej na południe i południowy-wschód przechodzimy wzrokiem naszą trasę na jutro – początkowy odcinek Orlej z kulminacją w Kozim Wierchu.

DSC00469

Dalej horyzont poszarpany jest szczytami Tatr Wysokich, w większości słowackich. Z tymi nie mamy jeszcze doświadczenia, więc rozpoznawanie idzie nam trochę gorzej – ale udaje się odnaleźć Gerlach i znajome już Rysy oraz Wysoką.

DSC00486

Na wschodzie ukazują się Buczynowe Turnie, przez które prowadzi nasza dalsza droga, a w dole surowa Buczynowa Dolina, która będzie nam towarzyszyć przez większość dzisiejszego dnia.

DSC00497

Czas odpoczynku powoli się kończy. Choć nie bardzo nam się chce opuszczać to miejsce, wiemy, że to dopiero początek i przed nami jeszcze sporo drogi. Dość szybko osiągamy Zadni Granat a zaraz potem Pośredni. Tak szybko, że nawet nie zauważamy gdzie jeden się kończy a drugi zaczyna, co skutkuje wieczorną rozkminką w schronisku pod tytułem „gdzie zgubiłyśmy ten trzeci Granat?” 😀

DSC00509

Zejście z (jak się później okazało) Pośredniego Granata jest całkiem ciekawe – ściana jest prawie pionowa i dość eksponowana. Ten drugi aspekt jest jednak przez nas prawie nie zauważony, gdyż szukanie miejsca na stopę zmusza do ciągłego patrzenia pod nogi, które kilka kolejnych razów okazują się ciut przy-krótkawe. Ale schodząc można przynajmniej zastosować metodę zjazdu na łańcuchu dopóki pod stopą nie pojawi się grunt – co ekspercko z Martą uskuteczniamy. Zaraz po tym jak ściana się kończy następuje przeszkoda, która zyskała w moim osobistym rankingu Orli Złoty Medal Adrenalino-Wyzwalacza – słynna szczelinka w okolicach Skrajnej Sieczkowej Przełączki (fakt, że można ją obejść dołem wcale nie umniejsza jej rangi, poza tym ten wariant jest dużo mniej satysfakcjonujący). Rozplanowanie logistyczne pokonania szczelinki okazuje się daleko bardziej wymagające niż znalezienie techniki wdrapania się na kamień w dole Rysy Zaruskiego. Dobrych kilkanaście sekund zajmuje mi zajęcie odpowiedniej pozycji i upewnienie się, że na pewno dobrze trzymam się łańcucha zanim zdobywam się na przerzucenie lewej nogi (która nagle przytyła ładnych kilka kilo) na drugą stronę. Jednak mając ten etap za sobą mogę już spokojnie podziwiać widok w dół, na przepaść znajdującą się pode mną, i za-pozować do zdjęcia w pozycji pół-szpagatu.

DSC00536

Dalej jest już z górki. Kiedy przesuwam uchwyt na dalszą część łańcucha i środek ciężkości na stronę docelową prawa noga sama przenosi się za resztą ciała. Uff… Można już uspokoić bicie serca. Marta decyduje się jeszcze na przekroczenie szczelinki w drugą stronę w celu zrobienia bardziej bajeranckiej fotki, i przy okazji stwierdza, że w tamtą stronę jest łatwiej.

Podejście na Skrajny Granat to już bułka z masłem (choć nie wykluczone, że nagromadzone zasoby adrenaliny spowodowały u mnie amnezję i dlatego żadnych trudności nie pamiętam). Zostajemy chwilę na szczycie, na którym powoli rozpoczyna się ruch wychodzący żółtym szlakiem. Mamy stąd lepszy widok na Halę Gąsienicową i Dolinę Pięciu Stawów Polskich wyłaniającą się po drugiej stronie, a także na dalszą część naszego szlaku aż po zejście z Krzyżnego (z tej perspektywy zdaje się, że jest do niego rzut kamieniem). Przed jedenastą rozpoczynamy dalszą wędrówkę.

DSC00557

Zejście ze Skrajnego jest ubezpieczone i nie przysparza większych trudności. Przynajmniej do momentu osiągnięcia Granackiej Przełęczy. Znów trzeba przejść na ciemną stronę grani, w zimny lej kończący się gdzieś w Dolinie Pańszczycy. Jak łatwo o szybki transport na dół, nie koniecznie w jednym kawałku, przekonujemy się gdy osobie idącej przed nami wypada butelka z wodą. Głuchy dźwięk plastiku obijającego się o skały niesie się echem burząc zimną ciszę tego miejsca i powodując natychmiastowe tworzenie się gęsiej skórki na całym ciele. Na chwilę zastygamy w bezruchu, przyklejone do ściany, patrząc w dół i błogosławiąc ładną, suchą pogodę tego dnia. Po tym chwilowym odsapnięciu ruszamy dalej, bo przecież drogi przed nami jeszcze kawał.

DSC00573

Ostrożnie, noga za nogą, przytulając się do zboczy Orlich Turniczek (i łańcucha oczywiście) otaczamy skalną ścianę, dostrzegając po chwili pierwszą na szlaku drabinkę. Ułatwienie to nie robi jednak na nas piorunującego wrażenia niebezpieczności tego odcinka, może dlatego, że jednak wchodzić jest łatwiej. Poza tym drabinka jest dość krótka, stabilna i zdaje się tak beztrosko leżeć na skale. Jedyne co motywuje nas do wzmożonej sesji zdjęciowej w tym miejscu to fakt pewnej egzotyczności żelaznego okazu, z który w polskich Tatrach Wysokich występuje jedynie (albo aż) w ilości sztuk dwóch, z czego z drugim jeszcze przyjdzie nam się zmierzyć.

DSC00577b

Po wyjściu z czeluści przełęczy przechodzimy znów na drugą stronę grani dochodząc zaraz do fajnego przejścia przez Orlą Przełączką Niżnią. Jej brzegi opadają w dół dolin po obu stronach, zostawiając jedynie wąskie przejście po środku, przypominające most. Następnie szlak wiedzie ładną ścieżką przez Pościel Jasińskiego, po czym znów seria łańcuchów prowadzi nas przy skalnych ścianach to w górę to w dół.

DSC00586

Potem oczywiście trzeba zejść, by można było znów gdzieś wchodzić. Powoli zbliżamy się do największych „nizin” Orlej – Buczynowej Przełęczy.

Ale zanim zejdziemy tam na dobre trzeba się jeszcze ominąć grupę turystów-sandałowców oraz zmierzyć z pewną wąską szczelinką w zboczach Wielkiej Buczynowej Turni.

DSC00607

Łańcuch przykuty jest to jej brzegu, podczas gdy szczelinka opada w dół. Na szczęście ma dno i to całkiem blisko. Widząc, że moje nogi kolejny raz okazują się za krótkie żeby stanąć na brzegu postanawiam, że lepszym pomysłem będzie zsunięcie się pomiędzy skały, skąd już mały krok wyprowadzał na ścieżkę biegnącą poniżej. Nie przewidziałam jednak, że saszetka na moich biodrach jest nieco szersza… co skutkuje lekkim zaklinowaniem się… Na szczęście szybko udaje mi się wydostać ze skalnych objęć. Schodząca po mnie Marta ma podobną przygodę, tyle że z plecakiem. Justyna natomiast kompletnie olewa szczelinkę, robiąc wielki krok tam, gdzie my nie mogłyśmy dosięgnąć.

Zejście w dół Buczynowej Przełęczy nie przysparza nam większych trudności. Za to wejście już bardziej. Nie żeby było jakieś trudne technicznie (porównywalnie do pierwszego kominka, a nawet łatwiejsze), ale zmęczenie niestety zaczyna już dawać o sobie znać, więc nasze oddechy są głośniejsze niż wcześniej. To w końcu był i nadal jest emocjonujący dzień, a emocje pochłaniają sporo energii. Mijamy kilkoro ludzi idących w przeciwnym kierunku (tym razem zaopatrzonych w sprzęt asekuracyjny – zupełnie inny biegun przygotowania niż wspomniani sandałowcy).

Po wdrapaniu się na górę i przejściu odcinka prostej ścieżki czeka na nas kolejna atrakcja, właściwie już ostatnia – przejście granią Małej Buczynowej Turni. Przez zmęczenie i wiatr, który dość silnie dał się odczuć na tym krótkim, eksponowanym odcinku, moja ocena jest zapewne bardziej subiektywna, niż mogłaby być w innych warunkach, ale niniejszym przyznaję temu miejscu Orli Srebrny Medal Adrenalino-Wyzwalacza. Zwłaszcza przez ten wiatr, mam wrażenie, że za chwilę przechyli mnie za bardzo na którąś stronę, a przejście jest naprawdę wąskie. W końcu stwierdzam, że pomoc rąk jest nieodzowna i odcinek pokonuję metodą „na jeźdźca” 🙂

DSC00642b

Dalszy odcinek jest już szybki, łatwy i przyjemny, w sam raz by ostudzić emocje. Kamienna ścieżka trawersuje zbocza Ptaka i Kopy nad Krzyżnem.

DSC00637

Na tej ostatniej postanawiamy zrobić ostateczną przerwę obiadową przed zejściem. Oczywiście nie obyło się bez sesji zdjęciowych na tle wszystkich okolicznych dolin i szczytów. W całej okazałości widać stąd Wielką Siklawę, która jednak nie wydaję się tak wielka.

DSC00645

Kusi nas by podejść jeszcze kawałek pod Mały Wołoszyn, ale pogoda zaczyna się robić niepewna. Ciemne chmury na dobre zagościły już na niebie i zaczynają dotykać wierzchołków gór. Decydujemy się więc na skończenie przerwy i rozpoczęcie schodzenia. Jest parę minut po pierwszej.

Zejście z Krzyżnego do Doliny Pańszczycy wraz z dalszą częścią szlaku na Halę Gąsienicową należy do jednych z najnudniejszych w Tatrach. Szlak jest długi i żmudny i mało urozmaicony. Jak to ktoś kiedyś powiedział: „Tam nic nie ma. Tylko kamienie i kamienie”. Może to też być oczywiście związane z faktem, że po wszystkich emocjach związanych z byciem na górze, w momencie rozpoczęcia schodzenia ma się już świadomość, że trzeba się jeszcze tylko doturlać do noclegu, a przed nami jeszcze tak wiele drogi. Ach, gdyby tak umieć latać…

DSC00675

Jednak zgodnie stwierdzamy, że zdecydowanie lepiej było kiedy szłyśmy tędy za pierwszym razem, nie mając jeszcze świadomości jak droga wygląda. Tak więc następuje ponad dwie godziny sennego tuptania, narzekania na bolące kolana oraz ogólną atrakcyjność szlaku. Ponad dwie godziny powracania rozmarzonym umysłem do naszego dzisiejszego wyczynu i atrakcji przebytej drogi. Rzut oka na pozostające w tyle Buczynowe.

DSC00681

Powoli docieramy do Murowańca. Jeszcze tylko trochę pod górkę, trochę lasem i już jesteśmy na miejscu. Uff.. Dziesięć godzin solidnej wędrówki za nami. Prysznic jest cudowny. Ba! Zupka chińska jest cudowna! Wszystko jest wspaniałe, a najlepsze jest to, że jutro będzie jeszcze lepiej 😀

Wykąpane i najedzone śledzimy jeszcze trasę na dokładniejszej mapie i tu okazuje się, że nie doliczyłyśmy się jednego Granata. Nie mogąc sobie przypomnieć gdzie go zgubiłyśmy, stwierdzamy, że jutro na pewno się znajdzie. A jutro druga (czyli pierwsza) część Orlej. Już nie możemy się doczekać.

W nocy następuje jeszcze niezapowiedziane trzęsienie ziemi, a raczej podłogi, spowodowane twardym lądowaniem na tejże współlokatora z górnego łóżka z bliżej niewyjaśnionych przyczyn. Hipoteza jest taka, że ponieważ upadający parał się wspinaczką, zapewne przyśniło mu się, że po wdrapaniu się na szczyt skalnej ściany zjeżdżał na dół i tym sposobem w świecie zupełnie realnym sprawnie pokonał przeszkodę w postaci barierki łóżka i w szybkim tempie znalazł się na dole. Spotkanie z podłogą jest huczne i definitywnie kończy jakiekolwiek senne marzenia, nie tylko naszego głównego bohatera, ale również nieświadomej publiczności zgromadzonej w pokoju. Na szczęście nie ma ofiar w ludziach ani też w kościach, choć podobno i takie się zdarzały, gdyż, jak się okazuje podłoga w Murowańcu ma chyba jakąś większą niż normalnie siłę przyciągania.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 05/08/2013 w Tatry, Tatry polskie, Tatry Wysokie

 

Tagi: , , , , , ,

Orla + chaszcze w reglach. dzień I

Kolejną tatrzańską wyrypę wyprawę czas zacząć 😀 Hura! Tym razem (w przeciwieństwie do poprzedniego, rok temu) mamy zarezerwowane miejsca w schroniskach, więc nie trzeba się już martwić o zajęcie dogodnej pozycji na jadalnio-sypialni. Zwłaszcza, że nocleg przewidziany jest m.in. w Murowańcu, więc konieczność rezerwacji rozumie się sama przez się (ze względu na brak dostępności podłogi – dla nieświadomych). Czas przewidziany na eksplorację: tydzień. Zaangażowane osoby: Marta, Justyna i ja (mała, znajoma grupa – to jest to!). Plany: Orla przede wszystkim, a co do reszty to się zobaczy. Gotowi? To ruszamy 🙂

*ale zanim w drogę, jeszcze mały disclaimer – w przewodnikach można przeczytać, że Orla Perć jest najtrudniejszym znakowanym szlakiem polskich Tatr – to jest prawda. Postanowiłam to zaznaczyć, gdyż z mojej relacji ktoś może wysnuć wniosek, że tak nie jest i jeszcze polezie tam gdzie być może nie powinien. Z perspektywy adrenaline junkie, jakim w niemałej mierze jestem, te wszystkie ekspozycje, przepaście i inne trudności wyglądają zupełnie inaczej niż dla osoby preferującej spacery w dolinach, nie mówiąc już o ludziach z lękiem wysokości/przestrzeni lub po prostu ze słabą kondycją. Opis zamieszczony na tym blogu jest jedynie subiektywną relacją i w żadnym razie nie może być traktowany jako jedyne źródło informacji o tym szlaku. No i należy pamiętać również o podstawowej zasadzie mówiącej, że:

tatry konsult

(i akurat z Orlej widok na obrazku).

Postanowiłam również, że dłuższe wyjazdy będę dzielić na kilka notek, każda na jeden dzień. Na dziś mamy więc:

Dzień pierwszy – niedziela – Murowanica-Murowaniec

Tak się jakoś składa, że polskie Tatry zaczynają się zwykle od dotransportowania się do Zakopca. Nie inaczej było i tym razem. Po dotarciu do tego turystycznego punktu przesiadkowego (w przeciwieństwie do wczasowego punktu ostatecznego), zarzucamy plecaki na plecy i ruszamy w kierunku Kuźnic, do których z Murowanicy prowadzi szosa z chodnikiem. To w końcu wciąż miasto. Jest lekko pod górkę i tłumy ludzi, patrzących na nas i nasze plecaki z wyrazem mieszanych uczuć. Jest wczesne, upalne, sierpniowe popołudnie.

Uwaga numer jeden dla siebie samej na przyszłość: jeśli mierząc plecak w domu stwierdzasz, że jest lekko przyciężkawy – to znaczy, że naprawdę wzięłaś za dużo żarcia, babo. Poważnie. Weź coś wypakuj jednak. (Biorąc pod uwagę moje umiejętności efektywnego pakowania, bardzo się cieszę, że mój plecak ma jedynie 50 litrów pojemności…). No, ale w końcu będziemy w górach przez tydzień i na cały ten czas trzeba było wziąć prowiant na trasę, no i mamy pięć noclegów w Murowańcu, więc w sumie trzeba to tylko tam wytachać, a potem będzie już lżej… OK… Tak czy inaczej nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ciężar na moich ramionach jest większy niż rok temu (a wtedy też przecież jechałyśmy na tydzień). Nie jestem z tym ciężarem sama, bo plecak Marty też lekki nie jest, więc jeszcze przed dotarciem do Kuźnic założyłyśmy więcej przerw niż zwykle, a że mamy pół dnia na przejście trasy na 2,5 godziny, to nie ma co się spinać i można sobie pozwolić na opóźnienia. Uff.

Po przekroczeniu granicy TPN w Kuźnicach wybieramy szlak żółty przez Jaworzynkę. Ten wariant jest nieco krótszy, niż przejście alternatywne niebieskim przez Boczań i przewiduje o kilkadziesiąt metrów mniejszą sumę podejść, co w naszej sytuacji jest dużym argumentem za. Kolejny to taki, że podejścia są bardziej skomasowane, tzn. jak już się zacznie prawdziwa droga pod górkę to nie ma zmiłuj, ale wcześniej można się trochę rozchodzić, idąc prawie po płaskim wzdłuż polany (tymczasem droga przez Boczań przewiduje ciągłe mozolne podchodzenie od samego początku).

Ścieżka początkowo prowadzi przez las, następnie wychodzi na otwartą przestrzeń Jaworzynki. Dolina ciągnie się na długości około kilometra. W przeciwieństwie do wielu innych dolin w Tatrach jest tu cicho (poza graniem świerszczy w wysokich trawach), ponieważ Jaworzyński Potok chowa się pod skałami (no i jest o wiele mniej ludzi). Jest upalnie, plecaki ciążą, ale z każdym krokiem do schroniska bliżej. W końcu dochodzimy do miejsca, w którym szlak zakręca ostro w prawo i zaczyna się poważniejsze podejście. Siadamy na chwilę na ławkach, kanapka, woda, odpoczynek i można kontynuować. Ścieżka wchodzi w las – przynajmniej jest cień. Suniemy powoli pod górę, znów wychodzimy na słońce. W oddali wyłania się Zakopane.

DSC00322

Osiągnąwszy w końcu Przełęcz między Kopami robimy dłuższą przerwę odpoczynkowo-widokowo-kaloryczną. Nieco zbyt długą, gdyż potem plecaki wydają się jeszcze cięższe. Na szczęście droga pod górkę już prawie w całości za nami. Minąwszy najwyższy punkt programu schodzimy do Murowańca podziwiając przed sobą nasz cel na najbliższe dni – wyniosłe szczyty, ostre granie i wycięte w nich przełęcze, rozciągające się między przełęczami Zawrat i Krzyżne, oraz reszta krajobrazu dookoła:

DSC00334

Oh, jak dobrze jest zrzucić plecak. Lokujemy się w schronisku i siadamy nad rozłożoną mapą zastanawiając się od czego by tu najlepiej zacząć…

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 04/08/2013 w Tatry, Tatry polskie, Tatry Wysokie

 

Tagi: , ,